Spod na wpół przymkniętych powiek widział urywane obrazy.
Ból przeszywający mu czaszkę był nie do zniesienia. Poczuł czyjąś dłoń na swojej klatce, zobaczył brązowe oczy wpatrujące się w niego z... niepokojem? Nie, to za duże słowo. Ale z jakimś lekkim uczuciem troski. Tak bardzo nie podobnym do Niego.
Klęczący przy nim mężczyzna wstał gwałtownie, patrząc gdzieś ponad Jake'iem. Zaczął się wycofywać, gdy kilkunastu włóczników stanęło w kręgu, celując ostrzami broni w pierś Shane'a. On stał, niespokojny, ściskając rękojeść sztyletu, gotów go wyciągnąć, by się bronić.
Słyszał, że jeden z Marlończyków coś mówi, ale ze stłumionego głosu nie dało się nic zrozumieć. Chciał im powiedzieć, żeby opuścili włócznie, ale nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Żołnierze krzyczeli na Shane'a, a on niepewnie zerknął na Jake'a. Coś mruknął i puścił nóż, przeczesując ze zdenerwowania włosy. Kilku włóczników natychmiast się na niego rzuciło, brutalnie krępując mu ręce na plecach i pchając poza zasięg wzroku księcia.
Zasnął.
Gdy otworzył oczy, zobaczył Angie – służącą – ocierającą mu twarz wilgotnym materiałem. Uśmiechnęła się lekko, widząc jego zaspaną twarz.
- Dzień dobry – powiedziała pogodnie. - Długo spałeś, panie. Zaraz zawołam królową.
Wybiegła z komnaty, a już po chwili wróciła z Lady Camille.
Starsza kobieta usiadła na skraju łóżka i zaczęła głaskać go po głowie. Jej twarz, choć lekko zaczerwieniona, nie ukazywała żadnych emocji. Książę delikatnie zabrał jej rękę i powoli się podniósł. Skinął na Angie, by wyszła. Służąca z charakterystycznym dla siebie uśmiechem opuściła pokój, zabierając mokre ręczniki.
- Matko, gdzie On jest? - spytał, przerywając krępującą ciszę. Zmusił się, by spojrzeć jej w twarz, choć wiedział, że to będzie bolało. Przekrwione oczy kobiety zaszły łzami. To nie będzie prosta rozmowa.
Patrzyli na siebie pełne dwie minuty.
- Ten Zabójca... - z wahaniem zaczęła, spuszczając wzrok.
- To Shane – dokończył za nią. Zauważył, jak lekko pokręciła głową, chcąc zaprzeczyć - Oboje o tym wiemy. - Wypowiedział to zdanie z naciskiem, starając się ją przekonać. - Jestem pewien, to on.
Z trudem spojrzała mu ponownie w oczy.
- Gdzie On jest? - powtórzył pytanie, starając się brzmieć jak najłagodniej.
- W celi – szepnęła, kryjąc twarz w dłoniach. - Czeka na twój wyrok.
- Słucham?! - nie wytrzymał. - Jaki wyrok?!
- Jay, to morderca. - rzekła bez przekonania
- Nie mów tak do mnie. - mruknął na znienawidzone zdrobnienie swojego imienia. - A On, to mój brat i twój syn – rzekł już głośniej i pewniej. - Wiesz, że nie zostałby sługą Runarrów, gdyby się nie poświęcił. Doskonale wiesz! - mówił coraz donośniej, ignorując ścisk w gardle na samo wspomnienie tego, co się wydarzyło wiele lat temu. - I wiesz też, że On powinien być królem, nie ja. - westchnął. - Jest starszy i lepiej się do tego nadaje.
- Może kiedyś tak było. Nie wiesz jaki jest teraz. - wtrąciła, usiłując doprowadzić do zakończenia tej rozmowy.
- Darował mi życie! - krzyknął, poważnie zdenerwowany zachowaniem matki. - Mógł mnie zabić, byłem bezbronny, a on... rozpoznał mnie. Pamiętał, kim jestem. Słyszysz? - chciał wymusić na niej aprobatę swoich słów - Nie byłoby mnie tu teraz, gdyby nie On! - przerwał, widząc kolejne krople spływające po jej policzkach. - Mamo – powiedział z dużo większym opanowaniem. - To twój syn. Mamo. - zamknął dłonie kobiety w swoich, delikatnie gładząc je palcami. - Twój syn, rozumiesz? - brzmiało to tak, jakby tłumaczył coś małemu dziecku, dopiero poznającemu świat. - Wrócił, po trzydziestu latach. - ścisnął ją lekko - Do domu. - szepnął. - Do nas. Do ciebie.
Kiwnęła głową.
- Mój... syn. - powiedziała powoli
- Tak. - uśmiechnął się, widząc jak kąciki ust Camille się unoszą.
- Mój synek.
- Nie pozwólmy na to, żeby siedział w naszym więzieniu, Matko. - rzekł łagodnie, ale stanowczo. - Chodź, wypuścimy go. - pociągnął ją za sobą, wstając.
- Idź. - westchnęła i przetarła łzy - Ja jeszcze nie jestem gotowa.
***
Jake poszedł do Shane'a. Po tylu latach bracia byli znowu razem.
Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale nie mogła się powstrzymać i już po chwili siedziała w swoim fotelu, sącząc wino z kielicha. Nie lubiła u siebie tego, że kiedy nie może sobie z czymś poradzić, sięga po trunek. Jednak nie potrafiła tego okiełznać. Perspektywa wypełnienia organizmu alkoholem wydawała się lepsza, niż siedzenie wśród chusteczek i wypłakiwanie niepotrzebnych, a jednak tak ważnych łez.
Camille często płakała. Traktowała wszystko bardzo emocjonalnie i nie potrafiła się powstrzymać; jedynie wino pomagało jej pozbyć się negatywnych emocji.
Odłożyła kielich na bok i spojrzała na szafę przed sobą; powoli się podniosła i otworzyła ją. Spod sterty swoich szat wyciągnęła mały kuferek. Przejechała palcami po jego brzegach. Zdobienia go pokrywające, przedstawiające las widziany z najwyższych okien zamku były dziełem Jake'a. Młodszy syn uwielbiał tworzyć tego rodzaju rzeczy. Ta, którą teraz trzymała w rękach miała być prezentem na trzynaste urodziny Shane'a, Miała być.
Otworzyła wieczko i wyjęła ze środka przedmiot owinięty w materiał. Odłożyła płótno na bok i spojrzała na to, co spoczywało na jej dłoni. Pierścień.
To również miał dostać starszy syn. Miał dostać.
Drżącymi rękami wepchnęła kuferek z pierścieniem z powrotem do szafy i zamknęła zdecydowanie drzwi.
Ponownie opadła na fotel i dopiła resztkę trunku pozostałego na dnie kielicha.
Dzisiaj wino nie pomogło jej zapomnieć, odciąć się od bólu.
Te wszystkie wspomnienia wróciły. Obrazy sprzed lat...
Jej mąż, Darion był szanowanym królem we wszystkich krainach. Starszy syn miał wtedy dwanaście, a młodszy - dziewięć lat. Bardzo się od siebie różnili.
Jake był chudym chłopcem, wydawać by się mogło, że jest niedożywiony; w rzeczywistości jedzenia miał dużo, o każdej porze dnia i nocy, jednak nie mógł przybrać na wadze. Dworzanie uznali, że po prostu taki już jest i nikt się tym zbytnio nie przejmował. Miał jasnobrązowe włosy i błękitne oczy. Był bardzo nieśmiały i nieufny. Zawsze trzymał się blisko matki, najchętniej nie opuszczałby jej nawet na moment. Czasami w nocy budził się i przychodził do sypialni rodziców, co niekoniecznie spotykało się z aprobatą Dariona.
Shane, o ciemnych włosach i oczach kochał wysiłek fizyczny. Uwielbiał ćwiczyć z rycerzami na dziedzińcu albo biegać po lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, Tysonem. Nie lubił, gdy matka publicznie go tuliła czy głaskała po głowie, a czas częściej spędzał z ojcem.
Ból przeszywający mu czaszkę był nie do zniesienia. Poczuł czyjąś dłoń na swojej klatce, zobaczył brązowe oczy wpatrujące się w niego z... niepokojem? Nie, to za duże słowo. Ale z jakimś lekkim uczuciem troski. Tak bardzo nie podobnym do Niego.
Klęczący przy nim mężczyzna wstał gwałtownie, patrząc gdzieś ponad Jake'iem. Zaczął się wycofywać, gdy kilkunastu włóczników stanęło w kręgu, celując ostrzami broni w pierś Shane'a. On stał, niespokojny, ściskając rękojeść sztyletu, gotów go wyciągnąć, by się bronić.
Słyszał, że jeden z Marlończyków coś mówi, ale ze stłumionego głosu nie dało się nic zrozumieć. Chciał im powiedzieć, żeby opuścili włócznie, ale nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Żołnierze krzyczeli na Shane'a, a on niepewnie zerknął na Jake'a. Coś mruknął i puścił nóż, przeczesując ze zdenerwowania włosy. Kilku włóczników natychmiast się na niego rzuciło, brutalnie krępując mu ręce na plecach i pchając poza zasięg wzroku księcia.
Zasnął.
Gdy otworzył oczy, zobaczył Angie – służącą – ocierającą mu twarz wilgotnym materiałem. Uśmiechnęła się lekko, widząc jego zaspaną twarz.
- Dzień dobry – powiedziała pogodnie. - Długo spałeś, panie. Zaraz zawołam królową.
Wybiegła z komnaty, a już po chwili wróciła z Lady Camille.
Starsza kobieta usiadła na skraju łóżka i zaczęła głaskać go po głowie. Jej twarz, choć lekko zaczerwieniona, nie ukazywała żadnych emocji. Książę delikatnie zabrał jej rękę i powoli się podniósł. Skinął na Angie, by wyszła. Służąca z charakterystycznym dla siebie uśmiechem opuściła pokój, zabierając mokre ręczniki.
- Matko, gdzie On jest? - spytał, przerywając krępującą ciszę. Zmusił się, by spojrzeć jej w twarz, choć wiedział, że to będzie bolało. Przekrwione oczy kobiety zaszły łzami. To nie będzie prosta rozmowa.
Patrzyli na siebie pełne dwie minuty.
- Ten Zabójca... - z wahaniem zaczęła, spuszczając wzrok.
- To Shane – dokończył za nią. Zauważył, jak lekko pokręciła głową, chcąc zaprzeczyć - Oboje o tym wiemy. - Wypowiedział to zdanie z naciskiem, starając się ją przekonać. - Jestem pewien, to on.
Z trudem spojrzała mu ponownie w oczy.
- Gdzie On jest? - powtórzył pytanie, starając się brzmieć jak najłagodniej.
- W celi – szepnęła, kryjąc twarz w dłoniach. - Czeka na twój wyrok.
- Słucham?! - nie wytrzymał. - Jaki wyrok?!
- Jay, to morderca. - rzekła bez przekonania
- Nie mów tak do mnie. - mruknął na znienawidzone zdrobnienie swojego imienia. - A On, to mój brat i twój syn – rzekł już głośniej i pewniej. - Wiesz, że nie zostałby sługą Runarrów, gdyby się nie poświęcił. Doskonale wiesz! - mówił coraz donośniej, ignorując ścisk w gardle na samo wspomnienie tego, co się wydarzyło wiele lat temu. - I wiesz też, że On powinien być królem, nie ja. - westchnął. - Jest starszy i lepiej się do tego nadaje.
- Może kiedyś tak było. Nie wiesz jaki jest teraz. - wtrąciła, usiłując doprowadzić do zakończenia tej rozmowy.
- Darował mi życie! - krzyknął, poważnie zdenerwowany zachowaniem matki. - Mógł mnie zabić, byłem bezbronny, a on... rozpoznał mnie. Pamiętał, kim jestem. Słyszysz? - chciał wymusić na niej aprobatę swoich słów - Nie byłoby mnie tu teraz, gdyby nie On! - przerwał, widząc kolejne krople spływające po jej policzkach. - Mamo – powiedział z dużo większym opanowaniem. - To twój syn. Mamo. - zamknął dłonie kobiety w swoich, delikatnie gładząc je palcami. - Twój syn, rozumiesz? - brzmiało to tak, jakby tłumaczył coś małemu dziecku, dopiero poznającemu świat. - Wrócił, po trzydziestu latach. - ścisnął ją lekko - Do domu. - szepnął. - Do nas. Do ciebie.
Kiwnęła głową.
- Mój... syn. - powiedziała powoli
- Tak. - uśmiechnął się, widząc jak kąciki ust Camille się unoszą.
- Mój synek.
- Nie pozwólmy na to, żeby siedział w naszym więzieniu, Matko. - rzekł łagodnie, ale stanowczo. - Chodź, wypuścimy go. - pociągnął ją za sobą, wstając.
- Idź. - westchnęła i przetarła łzy - Ja jeszcze nie jestem gotowa.
***
Jake poszedł do Shane'a. Po tylu latach bracia byli znowu razem.
Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale nie mogła się powstrzymać i już po chwili siedziała w swoim fotelu, sącząc wino z kielicha. Nie lubiła u siebie tego, że kiedy nie może sobie z czymś poradzić, sięga po trunek. Jednak nie potrafiła tego okiełznać. Perspektywa wypełnienia organizmu alkoholem wydawała się lepsza, niż siedzenie wśród chusteczek i wypłakiwanie niepotrzebnych, a jednak tak ważnych łez.
Camille często płakała. Traktowała wszystko bardzo emocjonalnie i nie potrafiła się powstrzymać; jedynie wino pomagało jej pozbyć się negatywnych emocji.
Odłożyła kielich na bok i spojrzała na szafę przed sobą; powoli się podniosła i otworzyła ją. Spod sterty swoich szat wyciągnęła mały kuferek. Przejechała palcami po jego brzegach. Zdobienia go pokrywające, przedstawiające las widziany z najwyższych okien zamku były dziełem Jake'a. Młodszy syn uwielbiał tworzyć tego rodzaju rzeczy. Ta, którą teraz trzymała w rękach miała być prezentem na trzynaste urodziny Shane'a, Miała być.
Otworzyła wieczko i wyjęła ze środka przedmiot owinięty w materiał. Odłożyła płótno na bok i spojrzała na to, co spoczywało na jej dłoni. Pierścień.
To również miał dostać starszy syn. Miał dostać.
Drżącymi rękami wepchnęła kuferek z pierścieniem z powrotem do szafy i zamknęła zdecydowanie drzwi.
Ponownie opadła na fotel i dopiła resztkę trunku pozostałego na dnie kielicha.
Dzisiaj wino nie pomogło jej zapomnieć, odciąć się od bólu.
Te wszystkie wspomnienia wróciły. Obrazy sprzed lat...
Jej mąż, Darion był szanowanym królem we wszystkich krainach. Starszy syn miał wtedy dwanaście, a młodszy - dziewięć lat. Bardzo się od siebie różnili.
Jake był chudym chłopcem, wydawać by się mogło, że jest niedożywiony; w rzeczywistości jedzenia miał dużo, o każdej porze dnia i nocy, jednak nie mógł przybrać na wadze. Dworzanie uznali, że po prostu taki już jest i nikt się tym zbytnio nie przejmował. Miał jasnobrązowe włosy i błękitne oczy. Był bardzo nieśmiały i nieufny. Zawsze trzymał się blisko matki, najchętniej nie opuszczałby jej nawet na moment. Czasami w nocy budził się i przychodził do sypialni rodziców, co niekoniecznie spotykało się z aprobatą Dariona.
Shane, o ciemnych włosach i oczach kochał wysiłek fizyczny. Uwielbiał ćwiczyć z rycerzami na dziedzińcu albo biegać po lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, Tysonem. Nie lubił, gdy matka publicznie go tuliła czy głaskała po głowie, a czas częściej spędzał z ojcem.
Tyson był synem kucharza królewskiego. Mimo, że był w wieku Jake'a, dużo lepiej dogadywał się ze starszym Lequenillem. Mieli wspólne zainteresowania i szalone pomysły. Jak na przykład prezent dla obchodzącego 217 urodziny Balenhora.
Mimowolnie się uśmiechnęła, przypominając sobie to.
Chłopców nikt nie widział przez cały dzień poprzedzający zaszczytną uroczystość. Nikt się tym zbytnio nie przejmował. Bywały dni, kiedy nie wracali do zamku przez wiele godzin, pojawiali się dopiero niedługo przed zachodem słońca.
Nazajutrz w południe wszyscy dworzanie zebrali się przed domem starego rycerza. Odśpiewawszy pieśni i złożywszy życzenia, zaczęli się powoli rozchodzić, gdy przez tłum przebił się Shane i wszystkich zatrzymał. Poprosił sir Mickina, by wziął Balenhora na konia i pojechał z nim na wschodnią strażnicę. Rycerz uznał to za życzenie księcia więc, za zgodą jubilata przetransportował go tam, niosąc na ramionach po schodach. Staruszka usadowiono na fotelu na szczycie wieży. Zaciekawiony tłum podążył za nimi, okupując wolne miejsca widokowe. Shane, który stał przy stajni krzyknął coś do Tysona czekającego przy oborach. Obaj otworzyli drzwi w tym samym momencie. Nagle znikąd pojawił się Ikar, pies kucharza i pobiegł na polanę przed wieżą strażniczą. Ku zdziwieniu wszystkich gapiów krowy i konie pobiegły za nim. Krzątały się chwilę po łące, aż każde zwierzę "znalazło swoje miejsce". Ułożył się z nich napis "Balenhor 217". Dało się słyszeć głośne wiwaty i gwizdy podziwu.
Jak się potem okazało, chłopcy nazbierali dużo owoców z drzew sokolich, które były ulubionym przysmakiem każdego zwierzęcia, niezależnie od gatunku. Musieli się przy tym namęczyć, bo takie drzewa rosły bardzo rzadko, a owoce rosły wysoko w koronach.
Ponieważ konie i krowy uczono posłuszeństwa wobec psów, nie trudno było je zaciągnąć na polanę. Rozłożenie owoców w napis było już tylko formalnością.
Był taki zabawny, pomyślała kobieta, lecz zaraz jej twarz nabrała ponurego wyrazu.
Tego dnia wrócili dużo szybciej niż zazwyczaj.
- Forred! - wrzeszczał książę, biegnąc przez pola, a zaraz na nim pędził drugi chłopiec. - Na stanowiska! Szybko, łucznicy na wieże! - strażnicy wypełniali jego polecenia bez zawahania, chociaż miał zaledwie naście lat. Talent przywódczy.
Westchnęła ze smutkiem.
Nie mieli szans z Runarrem i jego latającą bestią. Siał spustoszenie wśród ludzi, zarówno żołnierzy jak i zwykłych mieszczan. Rycerze nie byli przygotowani na atak, większość odpoczywała z okazji Święta Lasu; pozostali również nie spodziewali się jakichkolwiek zakłóceń w zabawach.
Dziedziniec stał się jedną, wielką kałużą krwi, gdzie nowe trupy były porzucane przez bestię. Wśród ciał dostrzegła opiekunkę młodszego syna, jedyną osobę spoza rodziny, której malec ufał. Jej kark był wykręcony w nienaturalny sposób, a z lewego ramienia wystawał tylko fragment ciała.
- Gdzie jest Jay?! - wrzasnęła przerażona, opanowując paraliżujący strach.
Usłyszała okropny rechot.
- Szukasz dzieciaka, kobieto? - zaśmiał się głośno. Smoczydło przysiadło na murze i pochyliło głowę. Wszyscy ujrzeli chłopca, piszczącego i wołającego mamę. Siedział na grzbiecie bestii, trzymany mocno przez Forreda. - I co wy na to? Mój ojciec potrzebuje waszego księcia. Możecie się pożeg...
Czuła, że nie wytrzyma tego natłoku myśli. To bolało. Ostatnie wspomnienia związane z tym porwaniem...
- STÓJ! - krzyknął i pobiegł w kierunku porywacza, zwinnie omijając ciała. Runarr patrzył na chłopca z wyższością, ledwo ukrywając zaskoczenie. Zaimponował mu.
- Shane! - zawołała za nim zrozpaczona. Wiedziała, że i tak nie powstrzyma go przed tym, co miał zamiar zrobić. - Wracaj, proszę cię!
- Zostaw go! - krzyknął, nie zważając na jej błagania. - Zabierz mnie, jeśli chcesz! Jestem starszy, zostaw Jake'a, bardziej ci się przydam! - zatrzymał się przed oprawcą zaciskając dłonie w pięści.
Każdemu żyjącemu jeszcze po masakrze Marlończykowi zapadł w pamięci ten obraz.
Dwunastoletni książę Marlonu z zacięciem wypisanym na twarzy i czterdziestosiedmioletni książę Runarii, na wielkiej bestii toczyli bój na spojrzenia.
Forred uśmiechnął się pod nosem i zrzucił małego z grzbietu smoka. Jake szlochał cichutko, nie podnosząc się z ziemi w obawie przed porywaczem. Przednia łapa bestii zacisnęła się wokół piersi starszego.
Ostatni raz spojrzała wtedy w oczy pierworodnego syna.
Bestia rozpostarła skrzydła i poderwała się do lotu.
Odlecieli.
Mimowolnie się uśmiechnęła, przypominając sobie to.
Chłopców nikt nie widział przez cały dzień poprzedzający zaszczytną uroczystość. Nikt się tym zbytnio nie przejmował. Bywały dni, kiedy nie wracali do zamku przez wiele godzin, pojawiali się dopiero niedługo przed zachodem słońca.
Nazajutrz w południe wszyscy dworzanie zebrali się przed domem starego rycerza. Odśpiewawszy pieśni i złożywszy życzenia, zaczęli się powoli rozchodzić, gdy przez tłum przebił się Shane i wszystkich zatrzymał. Poprosił sir Mickina, by wziął Balenhora na konia i pojechał z nim na wschodnią strażnicę. Rycerz uznał to za życzenie księcia więc, za zgodą jubilata przetransportował go tam, niosąc na ramionach po schodach. Staruszka usadowiono na fotelu na szczycie wieży. Zaciekawiony tłum podążył za nimi, okupując wolne miejsca widokowe. Shane, który stał przy stajni krzyknął coś do Tysona czekającego przy oborach. Obaj otworzyli drzwi w tym samym momencie. Nagle znikąd pojawił się Ikar, pies kucharza i pobiegł na polanę przed wieżą strażniczą. Ku zdziwieniu wszystkich gapiów krowy i konie pobiegły za nim. Krzątały się chwilę po łące, aż każde zwierzę "znalazło swoje miejsce". Ułożył się z nich napis "Balenhor 217". Dało się słyszeć głośne wiwaty i gwizdy podziwu.
Jak się potem okazało, chłopcy nazbierali dużo owoców z drzew sokolich, które były ulubionym przysmakiem każdego zwierzęcia, niezależnie od gatunku. Musieli się przy tym namęczyć, bo takie drzewa rosły bardzo rzadko, a owoce rosły wysoko w koronach.
Ponieważ konie i krowy uczono posłuszeństwa wobec psów, nie trudno było je zaciągnąć na polanę. Rozłożenie owoców w napis było już tylko formalnością.
Był taki zabawny, pomyślała kobieta, lecz zaraz jej twarz nabrała ponurego wyrazu.
Tego dnia wrócili dużo szybciej niż zazwyczaj.
- Forred! - wrzeszczał książę, biegnąc przez pola, a zaraz na nim pędził drugi chłopiec. - Na stanowiska! Szybko, łucznicy na wieże! - strażnicy wypełniali jego polecenia bez zawahania, chociaż miał zaledwie naście lat. Talent przywódczy.
Westchnęła ze smutkiem.
Nie mieli szans z Runarrem i jego latającą bestią. Siał spustoszenie wśród ludzi, zarówno żołnierzy jak i zwykłych mieszczan. Rycerze nie byli przygotowani na atak, większość odpoczywała z okazji Święta Lasu; pozostali również nie spodziewali się jakichkolwiek zakłóceń w zabawach.
Dziedziniec stał się jedną, wielką kałużą krwi, gdzie nowe trupy były porzucane przez bestię. Wśród ciał dostrzegła opiekunkę młodszego syna, jedyną osobę spoza rodziny, której malec ufał. Jej kark był wykręcony w nienaturalny sposób, a z lewego ramienia wystawał tylko fragment ciała.
- Gdzie jest Jay?! - wrzasnęła przerażona, opanowując paraliżujący strach.
Usłyszała okropny rechot.
- Szukasz dzieciaka, kobieto? - zaśmiał się głośno. Smoczydło przysiadło na murze i pochyliło głowę. Wszyscy ujrzeli chłopca, piszczącego i wołającego mamę. Siedział na grzbiecie bestii, trzymany mocno przez Forreda. - I co wy na to? Mój ojciec potrzebuje waszego księcia. Możecie się pożeg...
Czuła, że nie wytrzyma tego natłoku myśli. To bolało. Ostatnie wspomnienia związane z tym porwaniem...
- STÓJ! - krzyknął i pobiegł w kierunku porywacza, zwinnie omijając ciała. Runarr patrzył na chłopca z wyższością, ledwo ukrywając zaskoczenie. Zaimponował mu.
- Shane! - zawołała za nim zrozpaczona. Wiedziała, że i tak nie powstrzyma go przed tym, co miał zamiar zrobić. - Wracaj, proszę cię!
- Zostaw go! - krzyknął, nie zważając na jej błagania. - Zabierz mnie, jeśli chcesz! Jestem starszy, zostaw Jake'a, bardziej ci się przydam! - zatrzymał się przed oprawcą zaciskając dłonie w pięści.
Każdemu żyjącemu jeszcze po masakrze Marlończykowi zapadł w pamięci ten obraz.
Dwunastoletni książę Marlonu z zacięciem wypisanym na twarzy i czterdziestosiedmioletni książę Runarii, na wielkiej bestii toczyli bój na spojrzenia.
Forred uśmiechnął się pod nosem i zrzucił małego z grzbietu smoka. Jake szlochał cichutko, nie podnosząc się z ziemi w obawie przed porywaczem. Przednia łapa bestii zacisnęła się wokół piersi starszego.
Ostatni raz spojrzała wtedy w oczy pierworodnego syna.
Bestia rozpostarła skrzydła i poderwała się do lotu.
Odlecieli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz