sobota, 2 stycznia 2016

XVI: They say the end is coming sooner, but the end's already here

Dostałam niespodziewanego kopa (nie cieszcie się za bardzo, jest raczej jednorazowy) i napisałam TO. A czy dobre czy nie, to zostawiam wam, bo mi się nic mojego w 100% nie podoba. A co do powodu „kopa” to chodzi o coś, co tylko Ruda ogarnie. Tak, tak, Julcia, to coś na literę H <3


- Słucham?! Jak to, uciekli?! Nie uwierzę, że sami się stąd wydostali, ktoś musiał nas zdradzić! - książę wydzierał się na stojących przed nim strażników, ledwie udawało mu się usiedzieć na tronie, choć wyglądał, jakby zaraz miał się rzucić na swoich podwładnych.
- Panie, ale... - zaczął jeden z nich.
- Wasze tłumaczenie mnie nie interesuje. - burknął Jake, odwracając wzrok od mężczyzn, by nie widzieli strachu w jego oczach. - Odejść.
Marlończycy niepewnie skłonili się i czym prędzej wyszli. Jego uszu doszły pojedyncze słowa „oszalał”, „tchórz”, „głupiec”. Mógłby ich za to wtrącić do lochu. Jednak wiedział, że mają rację.
Lequenill wstał i zaczął chodzić dookoła tronu; myślał gorączkowo, co może zrobić, by jakoś udobruchać Garricka Summera – Wyspiarz na pewno się wścieknie, w końcu to on zarządził areszt dla Katherine i jej syna. Co może mu dać w zamian? Nie ma nic, co mogłoby zainteresować starca. A potrzebował go bardziej niż któregokolwiek ze swoich lordów.
Drzwi od sali tronowej się uchyliły, wbiegł przez nie kilkunastoletni chłopiec. Pochylił głowę i, nie patrząc na Jake'a powiedział:
- Garrick Summer prosi o audiencję. N-nalega by odbyła się ona w tej chwili.
- Niech wejdzie. - westchnął Lequenill. „Przyszedł jak na zawołanie.”, pomyślał. „I co ja mu powiem?”.
Twarz starca jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Spokojnym krokiem podszedł do Jake'a i zaczął się w niego wpatrywać. Książę próbował utrzymywać kontakt wzrokowy, ale nie był w stanie wytrzymać ciężaru spojrzenia mężczyzny.
- Nie wiem jak do tego doszło. - powiedział w końcu głośno, nie mogąc znieść ciszy.
- Co nie zmienia faktu, że stało się to w Twoim zamku i raczej powinieneś wiedzieć. - odparł Summer beznamiętnie.
- Przykro mi, nie mam pojęcia jak uciekli! - podniósł głos. - Czego ode mnie zażądasz, w zamian za to że do tego dopuściłem? - cały drżał. Bał się, że Wyspiarz go zaatakuje, bądź zerwie sojusz.
- Na Starego Jonathana, Jake, do cholery! - warknął Garrick; Marlończyk po raz pierwszy widział na jego twarzy gniew. Starzec podszedł do niego, dzielił ich teraz niecały metr. - Zacznij chociaż udawać władcę! - popchnął go tak, że Jake potknął się i upadł na tron. - Przecież to moi strażnicy ich pilnowali, twoi nie mieli na nic wpływu, ocknij się! - zrobił przerwę, wzdychając. - Nie mam prawa cię o nic obwiniać i powinieneś to wiedzieć.
Lequenill próbował coś powiedzieć. Kilkakrotnie poruszał ustami, usiłując z nich wydobyć choćby słowo. Skinął na stojącego przy bocznych drzwiach służącego, ten szybko wyszedł i zaraz wrócił niosąc puchar z winem. Jake upił łyk i oddał kielich chłopcu.
- Nie musisz mi przypominać że On by się do tego wszystkiego sto razy lepiej nadawał. - mruknął.
- Posłuchaj uważnie, chłopcze. - znowu się zbliżył, złapał Lequenilla za szaty i wyszeptał – Pomagałem twojemu bratu, a teraz staram się pomagać tobie. To, że ta dwójka uciekła jest rzeczą, która naprawdę mało mnie interesuje. Powinieneś zająć się poważnymi sprawami, cały czas trwają przygotowania do wojny, jest jeszcze dużo spraw do załatwienia, a ja nie mam zamiaru pilnować każdego twojego kroku. Zrozumiano?
- T-tak.
- Świetnie. - puścił księcia. - Czasami ciężko mi wierzyć w to, że ty i Łowca jesteście spokrewnieni.
- Shane. - powiedział twardo Jake. - Przestań nazywać go Łowcą.
- Jak sobie, życzysz, Panie. - uśmiechnął się drwiąco.
W tym momencie usłyszeli krzyk. Niemal w tej samej chwili znaleźli się na korytarzu. Lady Camille biegła, nie patrząc przed siebie. Dopiero gdy wpadła na syna przestała krzyczeć i tylko patrzyła na niego przerażonym wzrokiem, nie będąc w stanie nic powiedzieć. Trzęsła się.
- Matko, co się stało? - zapytał siląc się na spokojny ton.
Kobieta nie reagowała, nie przestawała drżeć, niespokojnie spoglądała co chwilę na stojącego obok Jake'a Wyspiarza.
- Co się stało? - powtórzył ostrzej. - Powiedz mi, czego się przestraszyłaś.
Nic się nie zmieniło w zachowaniu królowej. Lequenill zerknął niepewnie na Garricka. Ten wywrócił oczami, westchnął i położył dłoń na jej ramieniu.
Lady Camille natychmiastowo się uspokoiła. Przełknęła ślinę i powiedziała cicho:
- Coś dziwnego dzieje się z... z Darionem. On...
Książę już jej nie słuchał, rzucił się w kierunku komnat ojca, ignorując zdumione spojrzenia dworzan, przechodzących akurat w pobliżu.
Dwaj strażnicy otworzyli przed nim potężne drzwi; przeszedł przez labirynt korytarzyków i pomieszczeń, odnajdując sypialnię.
Trzech uzdrowicieli przytrzymywało szarpiącego się króla, podczas gdy dwaj pozostali próbowali zapobiec konwulsjom przy użyciu przeróżnych medykamentów.
Król Darion VII nadal śnił, jednak nie był to już spokojny sen, wyglądał raczej na koszmar.
Minuty mijały, a nic się nie zmieniało – mężczyzna dalej rzucał się na łożu; aż do momentu gdy jeden z lekarzy siłą wlał mu do gardła jakiś czerwony płyn.
Wstrząsy ustały, a gdy tylko medycy puścili jeszcze przed chwilą wierzgające kończyny władcy, ten otworzył oczy.
Wszyscy zamarli.
Wzrok Dariona powoli powędrował z sufitu na zgromadzonych wokół niego ludzi. Analizował każdą twarz po kolei jakby starając się sobie coś przypomnieć. Wodził tak wzrokiem aż zatrzymał się na stojącym w kącie pokoju mężczyźnie. Był to Anton, prawa ręka króla, doświadczony przez bitwy człowiek, jeden z najbardziej szanowanych Marlończyków. Patrzył na niego w skupieniu; ten powoli się zbliżył. Darion otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Anton skłonił się krótko i podał mu stojący przy łożu kielich z wodą. Widząc, że jego Pan sam sobie nie poradzi, uniósł naczynie i przyłożył do warg Lequenilla.
Gdy tylko król upił pierwszy łyk, zakaszlał i wycharczał słabe:
- Wina.
Do komnaty wpuszczono dwóch służących, niosących dzban z trunkiem i nowy puchar. Anton odebrał od nich napój i pochylił się nad Darionem, ponownie mu pomagając.
Jake Lequenill cały czas stał przy drzwiach i nie był w stanie się ruszyć.
Ojciec. Obudził się.
Drzwi otworzyły się ponownie, i do zebranych dołączyła Camille i Garrick. Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu, a gdy jej wzrok zatrzymał się na małżonku, w spokoju pijącym wino, straciła przytomność. Zemdlona upadłaby na twardą posadzkę, gdyby nie stojący obok Summer, który zdążył ją złapać; przekazał królową służącym, którzy przed momentem przynieśli wino i nakazał zanieść do jej komnat.
Jake otrząsnął się z szoku i zbliżył do łoża ojca.
- Tato. - szepnął.
Darion nie zareagował. Zajęty łapczywym pochłanianiem wina zdawał się nie zauważać obecności syna. „Jak zwykle.”, pomyślał książę zaciskając pięści.
- Ojcze.
W końcu na niego zerknął, jednak nie przestał pić.
- Tak, chłopcze? - mruknął niezadowolony, że ten nieznośny dzieciak mu przeszkadza.
- Spałeś prawie sześć lat.
Darion odsunął się i spojrzał na Antona znacząco; mężczyzna odłożył puchar i odsunął się pod ścianę. Surowa mina ojca miała wywołać strach u Jake'a, jednak on wydawał się pozostawać niewzruszonym.
- Jak wiele się zmieniło w królestwie?
- Musimy porozmawiać na osobności.
Jake spojrzał po zgromadzonych i gestem nakazał im opuścić pomieszczenie, oni jednak wahali się. Nie byli pewni, który z Lequenillów jest teraz ważniejszy. Jednak gdy Darion lekko skinął im głową nie mieli już wątpliwości, że muszą wyjść.

***

Camille czekała pod drzwiami.
Summer kazał jej wypić jakąś czarną miksturę; niemal od razu po tym poczuła dziwny, wewnętrzny spokój. Powiedział, że o ile kobieta nie dozna wyjątkowo dużego szoku, powinien działać nawet tydzień i pomóc jej przetrwać wahania nastrojów, które od dłuższego czasu jej się przydarzały.
- Nie! Nie chcę tego potwora na oczy widzieć! - głos Dariona rozniósł się po komnatach. Camille wstała i złapała klamkę. - To paskudztwo trzeba zgładzić przy najbliższej nadarzającej się okazji!
Weszła do środka, ale znajdujący się w środku mężczyźni nie przestawali się przekrzykiwać.
- Przecież to twój syn! - Jake wydarł się jeszcze głośniej niż ojciec.
- Nieprawda, nie mam syna! - odparł błyskawicznie tamten.
- A ja to kto?!
- Ty... Ty się nie liczysz.
Książę nie odpowiedział. Nie miał jak. Miał wrażenie, że właśnie w tym momencie wydusił z ojca słowa, które kłębiły się w Darionie od zawsze, ale których nigdy nie chciał wypowiedzieć na głos. I których Jake nigdy nie chciał usłyszeć.
- No tak. - mruknął, wymijając przy drzwiach matkę.
Nadal względnie spokojna kobieta bez zastanowienia ruszyła za nim.
- Coś jest z nim nie tak. - stwierdziła. - Ale wiesz, że to, co mówił nie było...
- Przestań. - powiedział cicho, skręcając w stronę swoich komnat. - Idź do niego, ktoś musi go pilnować. A ja chcę zostać sam.

***

Przez tydzień w Marlonie panowała napięta atmosfera. Wieśniacy plotkowali, snując domysły na temat tego, co się stało po przebudzeniu króla.
Jake nie wychodził ze swoich komnat; przynoszono mu jedzenie, zabraniał przysyłania jakichkolwiek gości, nie zamierzał z nikim rozmawiać. Siedział zamknięty, zupełnie nie interesując się tym, co działo się w państwie. To już nie jest moje królestwo.
Usłyszał pukanie. Krew w nim buzowała – wyraźnie mówił, że nie chce nikogo przyjmować, a to na pewno nie była pora posiłku. Starał się ignorować przybysza, ale po chwili stukanie zmieniło się w natarczywe walenie. Nie mógł nie zareagować.
- Czego?! - wrzasnął.
- Jake? - usłyszał głos matki. - To ja, możesz wyjść? Ojciec... chce z tobą porozmawiać.
Otworzył drzwi. Kobieta popatrzyła mu w oczy prosząco.
- Niech będzie. - westchnął. Ona zawsze wiedziała, jak go przekonać. Sam jej wzrok prawie zawsze wystarczał.
Mijali ludzi, którzy na jego widok kłaniali się z zaskoczeniem wypisanym na twarzach. Książę szedł szybko, chciał mieć tę rozmowę za sobą – ani on, ani ojciec nigdy nie kryli się z tym, że nie przepadają za wspólnym spędzaniem czasu.
- Siadaj. - burknął Darion, gdy tylko Jake pojawił się w jego sypialni. - Co, jako władca, zrobiłbyś, gdyby... Shane – to imię z trudem przeszło mu przez gardło. -  wrócił i chciał z powrotem być traktowany jak książę?
- Dałbym mu nadzór w postaci kilku strażników i zgodził się. - odrzekł bez wahania.
Wściekły ryk wydobył się z gardła króla. Puchar z winem przeleciał przez pokój; wylany trunek zabrudził biały dywan i uderzył w ścianę obok krzesła, na którym siedział Jake.
- Nie zgadzam się na to! Zejdź mi z oczu! Nie chcę cię widzieć! - krzyczał, szarpiąc się w pościeli i próbując wstać, ale czuwający przy jego łożu Anton natychmiast kazał mu się z powrotem położyć.
- Póki co to ja tu podejmuję decyzje, sam nie jesteś w stanie! - odpowiedział również podniesionym głosem młodszy mężczyzna, wstając.
- Jestem w pełni świadomy tego co robię, chłopcze! Nie pozwolę ci wpuścić tu tej bestii ponownie! Zabierz konia i zniknij z Marlonu, na zawsze!
- Co ty mówisz, Darionie? - wtrąciła się Camille. - Nie będziesz...
- Zamilcz, kobieto! - powiedział ostro i skierował swój wzrok z powrotem na syna. Ten patrzył na niego zszokowany.
- Wygnanie? - spytał słabym głosem.
- Tak! I żeby cię to stworzenie dopadło i rozszarpało na strzępy! Twoim przeznaczeniem było zostać brudnym Runarrem, Shane by mnie nie zawiódł jako król!
Eliksir przestał działać. Łzy spłynęły po policzkach Camille, gdy zobaczyła wychodzącego z komnat syna; widziała w jego oczach przerażenie.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

XV: Can someone rescue me?

To nie jest wielki powrót. Żadna reaktywacja. Czysty przypadek. Spóźniony prezent świąteczny albo jak wolicie za szybki noworoczny. Nieistotne. Jest to jest. Ale od razu informacja: nie sprawdzałam poprawności, więc jak są błędy to proszzz wynotować. Taaak. 
Jak coś, to dziękować Rudej




- Nie chcę o tym słyszeć.
Siedzący na tronie mężczyzna z trudem powstrzymywał się przed wyjęciem miecza i odcięciem głowy posłańcowi.
Lord Summer przysłał swojego syna by przekazał mu warunki stawiane przez Wyspiarzy.
- Myślisz, że będziemy z tobą pertraktować? - zapytał chłopak.
Marlończyk zerwał się z miejsca i stanął przed czarnowłosym przystawiając ostrze do jego szyi.
- Muszę ci przypominać czyje to tereny i kto tu rządzi?! - warknął, pozostawiając cienką czerwoną linię na jego skórze; schował miecz i podszedł do okna. Jeszcze nie tak dawno patrzył przez nie na krwawą bitwę, obawiając się jeźdźca odzianego w czerń, a teraz?
- Odejdź. To nie prośba.

***

- Jake! - kobieta podbiegła do przyjaciela i rzuciła mu się na szyję. Tak bardzo potrzebowała teraz wsparcia kogoś bliskiego, żeby móc na spokojnie porozmawiać, przemyśleć to, co się stało.
Mężczyzna sztywno odsunął ją od siebie, patrząc na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Garrick Summer nalega, by zastosować areszt domowy względem ciebie. Ty i Aaron musicie zostać w tych komnatach, ktoś będzie wam przynosił posiłki. Nie możecie wychodzić na zewnątrz, ani kontaktować się z kimkolwiek innym niż Wyspiarze, którzy będą stali na straży. Masz zakaz rozmów nawet ze mną, więc to ostatnia godzina, jaką razem spędzimy. - wypluł z siebie na jednym oddechu.
- Co? - spytała inteligentnie, kiedy już skończył. Jeszcze nie przetrawiła tych informacji, więc sens wypowiedzi Lequenilla zaczął do niej dochodzić dopiero po paru chwilach. - To znaczy... Mam... Zamknięta... Tutaj... Dlaczego?
- Wyspiarze uważają, że On wróci. - westchnął. - Ale tylko jeśli się dowie, że cię uwięziono. Chcą jakoś mu to przekazać, zmusić, żeby tu przybył.
- To bez sensu. - mruknęła, odwracając się. - Ten potwór nie ma żadnego powodu, dla którego mógłby tu wracać. A już na pewno nie interesuje go, co się dzieje ze mną czy choćby z Aaronem.
- Nie mów tak, po prostu nie miał wyboru, gdyby nie chciał cię narażać, z pewnością zabrałby was ze sobą.
- Narażać. - prychnęła. - Nie próbuj mnie okłamywać, dobrze wiesz, że nic go nie obchodzimy, zwyczajnie udawał, nigdy by nawet na mnie nie spojrzał gdybym nie była mu do czegoś potrzebna, a Aaron to... Przypadek.
- Jestem przypadkiem? - usłyszeli cichy głosik dochodzący spod stołu. Po chwili chłopczyk wyczołgał się stamtąd i stanął przed matką, patrząc jej w oczy. - Przypadkiem czego?
- Aaron, wiesz... - zaczął Jake; mały zwrócił wzrok na niego.
- Tata kiedyś mówił, że lord Rivemel jest przypadkiem ludzkiej świni, a ty przypadkiem trzęsidupy. Czego ja jestem przypadkiem?
- Ty... Niczego takiego. Twoja mama miała na myśli coś innego, to był przypadek, że...
- Przypadkiem jest nazwanie mnie przypadkiem? Czyli przypadkowo zostałem przypadkiem, czy przypadek mojego bycia przypadkiem jest przypadkiem? A może...
- Idź do swojego pokoju. - przerwała mu kobieta, lekko popychając go w stronę drzwi po prawej.
Katherine usiadła na sofie, gestem pokazując Jake'owi, by uczynił to samo. Zerkali na siebie, ale woleli nie patrzeć prosto w oczy; żadne z nich nie miało najmniejszego zamiaru odezwać się jako pierwsze.
- Nie wierzę, że mogłam się tak pomylić. - odezwała się w końcu. - Ja naprawdę myślałam, że coś... coś jest, między nami. Wydawał się taki... Może niekoniecznie normalny, ale... - z każdym kolejnym słowem w jej oczach wzbierały łzy - sama nie wiem. Inny. Lepszy. - wytarła słone krople powoli spływające po policzkach, pociągając nosem. - Życie bywa brutalne. Szczególnie w takich momentach.
- Uważam, - Jake przysunął się do niej, biorąc jej dłonie w swoje. - że nie powinnaś myśleć o tym w ten sposób. Jakby na to nie spojrzeć, coś między wami było. Musisz przestać przywoływać same negatywy, przecież na początku byłaś szczęśliwa. On zresztą też. Po prostu zbyt wiele się w jego życiu wydarzyło, by mógł choćby pomyśleć o normalnym życiu, w całości spędzonym wśród życzliwych mu ludzi. Nie był do tego przyzwyczajony, Tyson powiedział mi, że kiedyś Shane coś wspominał, że nie czuje się tu swobodnie. Dziwię się, że akurat z Ty'em o tym rozmawiał, ale jednak to zrobił. I z pewnością miał swoje powody. Zrozum, On tu zwyczajnie nie pasuje. Jego miejsce jest na polu bitwy, niestety najwidoczniej po przeciwnej stronie.
- Co masz na myśli?
Jake był lekko zszokowany tym pytaniem, Katherine była z natury na tyle bystra, że doszłaby do tych wniosków dwa razy szybciej niż on.
- Dokąd indziej mógłby zechcieć się udać, jeśli nie do Forreda? Wykorzystał okazję, dobrą wymówkę, i zwiał. Nie dziwię mu się, podejrzewam że od początku jakoś to planował.
- Czyli jednak to prawda, zwyczajnie mnie wykorzystał. Powiedz mi proszę, zawsze byłam taka głupia czy to przez niego?
- Nie mów tak.
- Bo? Bo to prawda, ale nie chcesz tego przyznać bojąc się mnie zranić? Nie martw się, na pewno będzie boleć mniej niż to co On mi zrobił.
Lequenill poruszał ustami jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, w końcu jednak westchnął i podszedł do drzwi. Otwierając je ostatni raz spojrzał na kobietę.
- Nie tylko ty jesteś zła z powodu tego co się stało, mogłabyś pomyśleć o tym, że innym też jest ciężko.

***

Siedziała samotnie w pokoju pogrążona w ciemności nocy. Za oknem widziała pojedyncze, niewielkie płomyki – pochodnie Marlończyków, na marne starających się odszukać Shane'a. Wieśniacy byli nieugięci, nie chcieli przyjąć do wiadomości, że szukany przez nich mężczyzna wymknął im się już kilka godzin temu, prawdopodobnie wtedy gdy jeszcze spali.
Nie mogła dzisiaj zasnąć. Aaron też miał z tym problem, ale jednak udało mu się zapaść w sen. Usłyszała cichy szmer przy drzwiach. Powoli sięgnęła pod stolik, gdzie znajdował się sztylet, wyciągnęła cicho ostrze i ścisnęła mocno rękojeść. Oparła się o fotel, stojący tyłem do drzwi i postanowiła udawać, że śpi – jeśli włamywaczem był jakiś mężczyzna, jedyną szansą by go obezwładnić był atak z zaskoczenia.
Czekała, wstrzymując oddech, jednak nic się nie działo – szmer ucichł, drzwi pozostawały zamknięte, a ona była sama w pokoju.
- Hipokrytka? - mruknęła do siebie.
Po omacku odnalazła świecę, zapaliła ją i podeszła do wejścia. A jednak, ktoś tu był. W szczelinę w starym drewnie wetknięto kawałek pergaminu. Spojrzała na nieznany jej charakter pisma, które nie tak łatwo było odczytać.
„Przyjdę godzinę przed wschodem słońca, weź wszystkie potrzebne rzeczy. Zabiorę ciebie i Aarona daleko stąd.”
Zostaną... wypuszczeni? Ale... Przez kogo? Dlaczego? Gdzie ich zabiorą? I skąd wiedzą, że nie spała? Podglądają ją? Jak?

***

Mężczyzna w ciemnej szacie przemknął niezauważony przez dziedziniec; poruszał się bezszelestnie, więc strażnik, do którego zakradł się od tyłu nie wydał z siebie żadnego dźwięku – bezwładne ciało zostało złapane przez atakującego i ostrożnie położone na posadzce pod murem. Bez problemu dostał się do drzwi, otwierając je kluczem, który dostał od ojca.
- Jesteście gotowi? - spytał, spoglądając spod kaptura na kobietę ściskającą w jednej ręce małą dłoń synka, w drugiej sporych rozmiarów torbę.
- To ty... - szepnęła zdumiona Katherine. Westchnął, wziął od niej bagaż, i od razu skierował się do wyjścia. - Hej! - wyszła za nim i chciała by jej to wszystko wyjaśnił, odpowiedział na te wszystkie pytania, które sobie zadawała po znalezieniu liściku. Jednak kiedy ujrzała rosłego Wyspiarza leżącego na korytarzu i nie dającego znaku życia, zamarła, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa.
- Rusz się, nie mamy czasu. - westchnął, widząc co ją zatrzymało. - Żyje, po prostu jest nieprzytomny.
- Nie oddycha. - wydusiła.
- NIC MU NIE BĘDZIE. - powiedział przez zaciśnięte zęby – Idziemy. - złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.
Wydostali się z zamku wyjściem, o którym nie miała pojęcia. Mężczyzna milczał dopóki nie dotarli pod las; Aaron cały czas posłusznie szedł za matką, nie odzywając się.
Ich „wybawiciel” szepnął coś w obcym języku, wśród drzew zaszeleściło i po chwili przed nimi pojawił się czarnoszary tygrys o szkarłatnych oczach. Tygrys Shane'a.
- Wsiadaj.
- Słucham?
- No wsiadaj! - podał jej rękę. - Nic trudnego, jak z koniem.
Chwyciła jego dłoń i wskoczyła na grzbiet kota, który drgnął i zamruczał groźnie. Mężczyzna posadził przed nią syna, a za nią rzucił wór z ich rzeczami. Katherine spojrzała na niego wyczekująco, lecz on tylko prychnął.
- On zna drogę.
- Mamy sami jechać...?
- Nagle jesteś taka przerażona?
- Może dlatego że nawet nie wiem gdzie?!
- Do Łowcy.
- CO?! Nie, nie!

***

Katherine, proszę, wybacz mi. Moja dusza... Potrzebuję tego, nie wyobrażasz sobie jak bardzo. Ja wiem, że nie potrafisz zrozumieć... Po prostu nikt nie może mnie już uratować. Proszę cię o łaskę, Katherine, to wszystko.
- Chciałbym żebyś mogła to usłyszeć.

***

Czarnoskóry władca sączył czerwone wino z pozłacanego kielicha, wpatrując się w ogień w kominku. Przez jego komnaty co chwilę przewijali się różni ludzie, najczęściej wyżej postawieni urzędnicy, generałowie... Naczelny uzdrowiciel już przekraczał próg, gdy wepchnął się przed niego Gedh – jednoręki doradca.
- Forred, słuchaj, to ważne.
- Moja kolej, kolego – mruknął lekarz; spojrzał na króla – Panie, musimy ustalić co...
- Ej, zabieraj się stąd. Sprawa jest ważna. Seth, weź odwołaj tych wszystkich czekających pod drzwiami.
- Ponieważ? - mężczyzna spokojnie pił wino, uśmiechając się w duchu. Lubił dziwny sposób bycia Gedha, nie przeszkadzało mu nawet to, że nie zwracał się do niego tak, jak nakazywała etykieta.
- Mamy gościa. Nie chce pokazać twarzy, ale podał Hasło.
Oczy Forreda błysnęły.
- Przyprowadź go. Koniec z audiencjami na dzisiaj.
Uzdrowiciel i przybysz minęli się w drzwiach. Gedh taktownie wycofał się na korytarz.
- Dlaczego się ukrywasz? - spytał Forred przekrzywiając głowę
- Nie jestem pewien czy ucieszysz się z tego że tu jestem.
- Czyżbyś był moim wrogiem?
- Nie sądzę.
- Więc kim? Przyjacielem? Wspólnikiem? Czy może nieznajomym, który dostał hasło od kogoś z mojego otoczenia?
- Jestem... kiedyś mnie tak nazwałeś...  Jestem twoim synem.

wtorek, 28 lipca 2015

XIV: There are things I regret, that you can't forgive

Nowy... Wiem, krótki. Ale jakoś tak szczerze to wena mi ucieka. I chyba nawet wiem dlaczego. Mój prywatny Cas sobie zrobił urlop, wiem że nikt nie ogarnia o co mi chodzi. 


- Przepraszam, Kathy. - mruknął jakby sam do siebie. Odetchnął głęboko i zaprzestał walki z czymś, co już niemal całkowicie odebrało mu siły.
Oczy zapłonęły żywym ogniem. Bestia otarła brudną od krwi twarz i wbiegła z nieosiągalną dla człowieka prędkością w las. Nikt jej nie zauważył. Pierwsza osoba, która zobaczyła co się stało przybyła dopiero pół godziny później.

***

Obudzono go bardzo wcześnie.
Nie było jeszcze do końca jasno, kiedy lord Rivemel przybiegł do jego komnat i oznajmił, że książę musi natychmiast coś zobaczyć. Szata szlachcica wyglądała, jakby właściciel zakładał ją w pośpiechu, co nigdy mu się nie zdarzało. Gruba twarz mężczyzny zaczerwieniła się od jakże długiego dystansu połowy korytarza, który przebył w mozolnym truchcie. Widząc przerażenie w jego oczach, Jake postanowił jak najszybciej sprawdzić, co przyprawiło lorda o tak wielki przestrach. Ubrał się więc i czym prędzej ruszył za szlachcicem. Sam nie miał czasu, by założyć jakieś szczególne szaty, zdążył przynajmniej w pewnym stopniu doprowadzić się do stanu, jaki powinien być zaakceptowany przez poddanych.
Mimo dość dziwnej pory, przed zamkiem zebrał się już spory tłum. Ci z tyłu wyciągali szyje ku górze, starając się dojrzeć to, o czym wszyscy mówili. Szepty, pomruki i jęki zaniepokojenia kumulowały się, tworząc jeden wielki szmer.
Ciekawość zżerała Lequenilla od środka – większość Marlończyków pod żadnym pozorem nie dałaby się wyciągnąć z łóżka przed odpowiednią porą. Jedna z cech charakterystycznych dla tego ludu – lenistwo. Mimo to zawsze można było na nich polegać i zawsze wypełniali swoje zadania na czas.
Jako król musiał zachować przyzwoitość, więc w miarę spokojnie poszedł za strażnikami. Z trudem przebijali się przez tłum, który bardzo niechętnie się rozsuwał i ustępował im z drogi. W końcu dotarli na skraj lasu, gdzie powstał krąg utworzony przez osoby o wątpliwym zaszczycie patrzenia na to co tam było z bliska.
Gwardia księcia, widząc co ich tu sprowadziło, zaczęła rozganiać ludzi. Jake z niemałym szokiem popatrzył na sytuację, która zapewne stanie się tematem numer jeden wieśniaczek i miejskich staruch na długi czas.
Książę w kilku krótkich rozkazach oznajmił, by zrobili porządek z pobojowiskiem, jakie tu zastał i szybko ruszył w drogę powrotną do zamku.
Po głowie krążyła mu tylko jedna myśl, znaleźć i ukarać należycie sprawcę. Jednak pojawił się pewien problem. Wiedział, kto nim był. I wcale mu się to nie podobało.

***

Zapłakana kobieta ściskała w ręce kawałek papieru. Zaraz po tym, gdy wróciła z dworu znalazła go na łożu. Bała się go przeczytać; wiedziała, co może w nim znaleźć.

„Kathy,
nie zrozumiesz mnie, i wcale tego od ciebie nie wymagam, po prostu to przeczytaj. Wybacz mi, proszę. To wszystko jest skomplikowane, na pewno ci tego nie wyjaśnię. Wiem, że miałaś dużo wątpliwości... co do nas. Moje sekrety cię denerwowały, choć starałaś się tego nie okazywać. Nie powinienem cię zostawiać, ale musiało kiedyś do tego dojść. Źle się z tym czuję, naprawdę, paskudnie. To wszystko mnie strasznie przytłacza, ale żeby z tym walczyć... muszę odejść.

Zostałem zmieniony, to nieodwracalne i mam nadzieję, że nie myślałaś, że możesz coś z tym zrobić. Jeśli tak... jesteś naiwna. Jestem bestią i tak już będzie na zawsze. Właściwie, to zupełnie mnie nie obchodzi co ty na to. Pilnuj dzieciaka i nie bądź idiotką, bo zapewne nie wrócę. Po co ja to w ogóle piszę? Mało mnie obchodzi co zrobisz, ale znając ciebie i twoje wieczne uganianie się za tym tchórzem, którego nigdy w życiu nie zamierzam nazwać rodziną, polecisz do niego w mgnieniu oka i zwalisz całą winę na mnie.

 Cholera, wybacz. Nie chciałem, żebyś pomyślała, że TO przejmuje kontrolę, nie miało tak wyjść. Gdybyś jednak tak pomyślała...

…miałabyś rację! Od dawna nie jestem jakimś durnym Marlończykiem; jesteś tak tępa, że nie zauważyłaś, iż starałem się ciebie dość często unikać. Tylko i wyłącznie po to, by wrócić do NORMALNEJ postaci. Uroczy wesołek Shane Lequenill NIE ISTNIEJE. Od trzydziestu lat. Te przebłyski, to przypadkowe błędy, które zdarzają się każdemu. To zabawne, nawet sobie nie wyobrażasz ile wysiłku Go kosztowało, żeby cię nie zagryźć. Wydaje mi się, że smakowałabyś wyśmienicie. Z chęcią bym spróbował, ale tak się złożyło, że wpadł na iście genialny pomysł. Gdyby On tego nie chciał, nie byłoby to takie proste. Jesteś tak głupia, że pewnie nawet nie wiesz o czym mówię. Powrót do domu. O tak, marzę, żeby się tam znaleźć. Ciemność tamtych stron jest cudowna. 
W każdym razie, żegnaj i nie łudź się, że kiedykolwiek zobaczysz jeszcze Shane'a." 

***

Był chłodny wieczór. Wiatr poruszał trawami w miarowym rytmie. Czarne niebo nie zostało jeszcze naznaczone gwiazdami.
Marlończycy są dziwni. Kompletnie nie mają wyczucia. Nie chcieli się rozejść, tylko patrzeć na niezbyt ciekawy widok.
Marc Summer leżał na ziemi głową w dół. Jedna z jego rąk została praktycznie wyrwana z barku, cała szata była zakrwawiona, noga została rozorana od uda po połowę łydki, można było zobaczyć biel kości. Czerwona ciecz była wszędzie. Kiedy Gale znalazł brata, zdążyła już zaschnąć.
Mogli przewrócić Marca na plecy dopiero, gdy wszyscy się rozeszli. Twarz pokrywały liczne zadrapania, szyja wyglądała na pogryzioną, a brzuch... żebra zostały połamane, jakby były cienkimi patyczkami, jedno z płuc częściowo znajdowało się poza ciałem. Wyspiarz naoglądał się już podobnych widoków, zatem nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
Kruczowłosy Summer wiedział doskonale, co spotkało jego brata. Bestia nie powinna zostać zatrzymana przez głupiego, zarozumiałego i nieinteligentnie odważnego blond gamonia, który nigdy nie powinien zostać Strażnikiem.

***

Nie wierzę, że to się stało. Uległem. Uwolniłem TO. 
Są rzeczy, które zrobiłem, których żałuję i których nie możesz mi zapomnieć. Złamałem zasady, popełniłem masę błędów, ale wiedz, że ja... Wybacz mi.
- Przepraszam, Kathy. - szepnął w ostatnim przypływie świadomości, nim Bestia zawładnęła nim na dobre.
Uśmiech wykrzywił dzikie oblicze.

Płonące oczy ujrzały dawno oczekiwany widok. Cudowne czarne wieże obok czarnych budynków mieszczan na czarnej ziemi.




sobota, 18 lipca 2015

XIII: Leave me with some kind proof it's not a dream



Otworzyła zaspane oczy i zamrugała kilka razy. Chciała się podnieść, lecz przeszywający ból promieniujący od brzucha bardzo skutecznie to uniemożliwił, opadła z powrotem na poduszki. Kątem oka dostrzegła poruszenie w rogu pokoju, ktoś złapał ją za rękę.
- Już jest dobrze. Pomogę ci wstać, tylko musisz uważać. Ostrożnie.
Mężczyzna wsunął dłoń pod jej plecy i powoli podniósł kobietę. Spojrzała na niego z wdzięcznością, zaraz jednak jej uśmiech osłabł. Wspomnienia powróciły. I te dwa słowa, tłukące się po głowie jak dzwon.
- Gdzie jest Shane? - spytała słabym głosem. Jake natychmiast ją puścił i odsunął się.
- Nie wiem. - westchnął. - Zniknął. Zabrał tego swojego zwierza i rozpłynął się w powietrzu. Nie mam pojęcia gdzie jest, nikomu nic nie powiedział.
- Znajdę go. Musi być w lesie. Będę...
- Aż tak ci na nim zależy? - wyglądał na kompletnie zdumionego i odrobinę... zawiedzionego?
- Garrick ci nie mówił?... - spytała cicho. Odetchnęła z ulgą widząc, jak przecząco kręci głową. Nie chciała by ktokolwiek się o tym dowiedział, powinni najpierw sami to sobie wyjaśnić.
Musiała go znaleźć.

***

Ludzie zerkali na nią z zaciekawieniem, gdy przechodziła przez dziedziniec; ktoś pytał jak się czuje, ktoś uśmiechał się jakby chcąc ją pocieszyć. Nie interesowała jej ich troska, najważniejsza była teraz szczera rozmowa z Shane'm.
Kiedy przechodziła koło miejsca, w którym strzelano do niej i Jake'a, poczuła ból w ranie. Zacisnęła zęby i poszła dalej, docierając do krawędzi lasu. Przystanęła, wdychając zapach drzew. Zrobiła pierwszy krok w głąb. I kolejny, następny. Ból nasilał się w miarę wchodzenia dalej, ale nie ten fizyczny. Umysł kobiety atakowały wizje potężnego Jaskiniowca, jednak znacznie bardziej przerażający był obraz Shane'a, rozrywającego porywacza, zatapiającego ręce w jego krwi.
Przypominając sobie wydarzenia z tamtego dnia zawahała się. Nie chciała z Nim rozmawiać. Przerażał ją. Nie mogła...
Ruszyła dalej.
Nie miała pewności gdzie idzie, po prostu szła przed siebie, z początku dróżką, potem przez trawy, wreszcie musiała przedzierać się przez gęste zarośla. Kilka metrów przed sobą zobaczyła dym. Przyśpieszyła kroku i znalazła się na niewielkiej polance. Na środku paliło się ognisko. Zbliżyła się do płomieni i wyciągnęła ku nim ręce; chłodne wieczorne powietrze sprawiało, że po plecach przechodziły jej ciarki. Rozejrzała się w poszukiwaniu mężczyzny. Zobaczyła go dopiero, kiedy stanął przed nią. Bezszelestnie zsunął się z drzewa.
- Jest późno, nie powinnaś się tak daleko zapuszczać.
Jego głos był tak samo zimny jak wcześniej. Przełknęła głośno ślinę.
- Czy to co mówiłeś, było prawdą?
Spuścił wzrok, przymknął oczy.
- Tak. - mruknął. - Pierwszy raz czuję, że...
- Zamknij się na chwilę. - ucięła. - Nie rozumiem, jak to możliwe. Podobno straciłeś uczucia. Niby w jaki sposób je odzyskałeś?
- Nie wiem.
- Doprawdy? - atakowała dalej, sama nie wiedziała skąd się u niej wzięła taka wściekłość, ale musiała się na kimś wyżyć. Targały nią mieszane uczucia. - Najpierw zachowujesz się jak potwór, a potem coś takiego? To miał być żart, czy co?
- Przepraszam, nie o to mi chodziło. Ja naprawdę...
- Wyjaśnij mi proszę, skąd ty w ogóle możesz wiedzieć, że czujesz to co myślisz, że czujesz? Zapewne nigdy nie miałeś do czynienia z takimi emocjami, zmyśliłeś to, żeby...
- Przepraszam! - krzyknął. Stanął tuż przed nią i spojrzał jej głęboko w oczy. - Już kiedyś byłem w takim stanie, dokładnie dzień przed tym, kiedy Runarrzy mnie zabrali. Doskonale się orientuję, czym jest miłość. Nie chcesz mnie, rozumiem to, możesz wracać nim się całkowicie ściemni. - w połowie zdania załamał mu się głos.
- Shane – szepnęła, chwytając go za ręce. - Wybacz, nie o to mi chodziło. Jeszcze nie czuję się najlepiej po tym, co się działo. Musisz mnie zrozumieć, przestraszyłam się. Lubię cię, ale nie jestem pewna jak bardzo. Potrzebuję czasu.
Splotła jego palce ze swoimi i uśmiechnęła się delikatnie.
- Ale mimo wszystko nie zaszkodzi zacząć się upewniać już teraz. - powiedział cicho.
Zbliżył się do niej jeszcze bardziej, musnął jej wargi, jakby pytająco, nieśmiało.
- Zaczynasz mnie przekonywać. - wyszeptała, nim ich usta zetknęły się w delikatnym pocałunku.
Przerwał im czarny tygrys, który z pomrukiwaniem położył się przy ogniu. Oderwali się od siebie.
Przysiadła i oparła się plecami o zwierzę, Shane uczynił to samo, obejmując Katherine.
Bardzo szybko zasnęła na jego ramieniu. On czuwał, tak jak każdej nocy ani na chwilę nie zamknął oczu.

***

Obudziła się bardzo wcześnie, słońce ledwo wzeszło. Shane'a ani tygrysa nie było w pobliżu. Rozejrzała się, wołała mężczyznę, ale nie uzyskała odpowiedzi. Postanowiła się przejść licząc, że natrafi na któregoś z nich.
Drgnęła, gdy po lewej usłyszała warknięcie, następnie odgłos uderzenia i w końcu głuchą ciszę. Powoli skierowała się w tamtą stronę, przedarła się przez krzaki i znalazła się na innej, trochę większej polanie.
Czarny kot warczał, szkarłatne ślepia mierzyły stojącego przed nim Shane'a.
Brunet utrzymywał kontakt wzrokowy ze zwierzęciem, okrążając je. Ręce mu drżały, głowę miał lekko przekrzywioną. Poruszał się bezszelestnie. W jednym momencie zarówno tygrys jak i książę skoczyli na siebie, uderzając w siebie w powietrzu. Kot powalił mężczyznę, gruchnęli o ziemię, Shane błyskawicznie wyślizgnął się spod ciężaru i położył się na plecach drapieżnika, zaciskając lewą pięść na futrze. Prawą sięgnął za pas, wydobył sztylet i przyłożył go do karku przeciwnika.
Tygrys warknął, książę zsunął się z niego i schował nóż.
- Wybacz. - powiedział, gdy zobaczył kobietę. - To tylko takie... nie powinnaś tego widzieć.
- Nic nie szkodzi. - odrzekła, choć wcale tak nie myślała.
- Wracamy do zamku? - zagadnął.
- Tak. - odetchnęła z ulgą.
- Tylko zgaszę...
- Po co ci było ognisko? Przecież temperatura nie ma dla ciebie większego znaczenia.
- Dla ciebie. - odparł cicho. - Wiedziałem, że przyjdziesz, chciałem, żeby ci było ciepło.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się. Złapał ją za rękę, powiedział coś niezrozumiałego dla niej do tygrysa i pomógł wsiąść kobiecie na grzbiet kota. Katherine chwyciła mocno futro i przesunęła się do przodu, chcąc zrobić miejsce dla Shane'a.
- Pojedziesz sama. - oznajmił, przydeptując ledwo tlący się płomień. - Ścigamy się? - spojrzał przy tym wyzywająco na zwierzę.
Nie czekając na odpowiedź, rzucił się naprzód z zadziwiającą jak na człowieka prędkością. Ruszyli za nim, o dziwo ruchy kota nie były gwałtowne; każde odbicie, skręt czy skok był łagodny, jakby płynęli.
Natychmiast się rozpromieniła. Udało im się wydostać na wolne pole, zrównali się z Shane'm; zobaczyła na jego twarzy szczery uśmiech. Kiedy był w swoim żywiole, emanowało od niego szczęście. Kąciki jej ust mimowolnie się uniosły.

FIVE YEARS LATER

Wszystkie ludy, zarówno większe jak i mniejsze opowiedziały się po którejś ze stron. Marlon i Runarria nadal prowadziły zażarty bój. Po kilkunastu bitwach przewagę zyskiwał Forred, jakiś czas później szala zwycięstwa przechylała się na stronę Lequenilla.
Tymczasem...

Blondynka dopiero się obudziła; przeszła do głównej komnaty i tam zauważyła jedynie rudą, starszą kobietę o niemal szarej skórze.
- Gdzie jest Aaron? - spytała.
- Nie wiem, pani. - powiedziała chuda służąca, krzątająca się przy regale z książkami. - Ten urwis zawsze lata po całym zamku, ciężko będzie go znaleźć.
- Coś się stało? - silne ramiona oplotły Katherine od tyłu, mężczyzna musnął ustami jej policzek. Wyszarpnęła mu się i odwróciła do niego przodem.
- Raczysz mnie poinformować, gdzie jest nasz syn? - spojrzała mu wściekle w oczy.
- Nie denerwuj się. - pocałował ją w czoło i przejechał dłonią po jej brzuchu. - Musisz odpoczywać, jeszcze pół roku. Znajdę go, nie martw się.
- Nie martw się?! Jak mam się... - wymachiwała rękoma, nie mogła zrozumieć jak Shane może zachowywać się tak spokojnie.
- Cii. - unieruchomił ją, przytulając mocno i przeczesał jej jasne włosy. - Odetchnij, znajdę go. Martho? - zwrócił się do służącej, która natychmiast się wyprostowała, oczekując na polecenie. - Zostań z Kathy, nie pozwól jej wstawać z łóżka, zabraniam ci zostawiać ją samą, do mojego powrotu siedź tu razem z nią.
Kobieta skinęła, odłożyła trzymaną szmatkę i zaprowadziła lady Katherine z powrotem do sypialni. Poprawiła jej poduszki i przykryła ją kołdrą.
W tym czasie mężczyzna udał się w to samo miejsce, w którym sam przebywał, gdy był mały. Tak jak się spodziewał, odnalazł Go na jednym z drzew. Roześmiany trzylatek wspinał się coraz wyżej, co chwila zerkał w dół upewniając się, że tygrys drapiący o pień nie idzie za nim.
- Själ – szepnął Shane; kot natychmiast się do niego odwrócił.
Wystarczy, odejdź. 
- Tatooo. - mruknął brązowowłosy chłopiec o orzechowych oczach. - Bawiliśmy się.
- Mama cię szukała.
- Nie zejdę. - oznajmił i zaczął wdrapywać się jeszcze wyżej.
- W takim razie będę musiał cię ściągnąć. - mężczyzna odrzekł ze złowieszczym uśmiechem i ruszył za synem. Błyskawicznie znalazł się koło dziecka. - I co teraz?

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

Jest fajnie. Gdzie się podziali zwolennicy teorii spiskowych? Zapowiada się...
cisza przed burzą... 

czwartek, 2 lipca 2015

XII: I'm feeling better ever since you know me

Uwaga, uwaga! Zaraz się posypią teksty pokroju "to nie w twoim stylu.." bla bla bla. A skąd wiecie, czy nie? Mi się to podoba :D Jest.. fajne. 
Także ten: przedstawiam pierwszą poważniejszą dawkę węglowodanów. 


- Gdzie ona jest? - pytał z wściekłością w oczach po raz kolejny. Również tym razem nie doczekał się odpowiedzi. Trudno było mu się opanować, Bestia co chwilę próbowała przejąć władzę. - Nie mogła tak po prostu zniknąć, miała dzisiaj rano coś dla mnie zrobić, mamy południe i jej nigdzie nie ma. Musiało się coś stać.
- Jägare, możesz ją znaleźć. - odezwał się Gale, patrząc na Marlończyka uważnie. - Czasami udaje ci się To kontrolować. W ten sposób na pewno uda się ją odszukać.
- To zły pomysł. - stwierdził natychmiast Marc. - Jeszcze mu odbije i wszystkich nas pozabija.
- Synu, uspokój się. - chłodny głos Garricka Summera ostudził chłopaka, który skinął posłusznie głową i już nic nie powiedział. - Nie wiem, czy to jest warte ryzyka. Może się okazać, że po prostu zapomniała, albo pilnie musiała gdzieś jechać.
- Wtedy zostawiłaby wiadomość, gdzie się wybiera. - powiedział Jake, nie mogący przestać chodzić w tę i z powrotem ze zdenerwowania. - Musiało się coś wydarzyć, wieczorem, kiedy ja już wróciłem.
- Nie powinieneś jej zostawiać samej. - wtrącił Shane, patrząc groźnie na brata. - W lesie coś mogło być. Jeśli ją porwało i...
- Poczekaj. - przerwał Garrick, z zadowolonym wyrazem twarzy. - Wiem, jak ją znaleźć.
Wszyscy spojrzeli na niego pytająco, a on nie przestawał się uśmiechać.
- Daj mi medalion, Jägare.
- Nie. - odrzekł od razu mężczyzna, przykładając zaciśniętą pięść do naszyjnika. - Z pewnością nie w ten sposób. Znajdziemy inny.
- Nie ma innego. - odparł Summer, wzruszając ramionami. - Daj mi go lub powierz komuś, komu najbardziej ufasz.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że ufam tylko jednej osobie na tyle, by jej go przekazać.
- Luny tu nie ma.
- Więc nikt go nie dostanie. Znajdę ją bez Tego.
- Wiesz, że ci się nie uda. Musisz się wspomóc Tym, a tak nie będzie zagrożenia.
- Poradzę sobie.
- Przestań oszukiwać sam siebie! - wrzasnął starzec, patrząc głęboko w oczy księciu.
Tracimy tylko czas na bezsensowne kłótnie, a to jej nie służy, być może w tym właśnie momencie dziewczyna umiera. I ty nie możesz jej uratować, bo próbujesz udowodnić coś, co jest nieprawdziwe. Przejrzyj na oczy! To bolesny dar, ale jednak dar. Wykorzystaj go i uratuj tę kobietę, wiem, że sobie poradzisz.
Shane gwałtownym ruchem zerwał łańcuszek z szyi. Spojrzał znacząco na Wyspiarza. Ten od razu zrozumiał.
- Poproście do nas lady Camille. - rzekł do strażników. - Jak najszybciej.

***

Nie miała pojęcia jak udało mu się przemknąć niezauważonym, natomiast faktem było to, że zawlókł ją do lasu, związaną, zakneblowaną, przerażoną. Nie mogła zrobić nic, tylko czekać na to, co się stanie.
Jaskiniowiec posadził ją przy drzewie i wyciągnął mały, zakrzywiony nóż. Kobieta zadrżała, gdy zbliżył się z nim do niej.
- Nie bój się. Teraz jeszcze nic ci nie zrobię. Ale jeśli dasz mi powód... Twoja urocza twarzyczka nie będzie już tak urocza. Więc radzę ci zachowywać się grzecznie. Kiedy już dotrzemy do Sabii, zostaniesz objęta zaklęciem i nie wrócisz tutaj. Nigdy.

***

- Lady Camille, musi pani po prostu mocno trzymać medalion, nie pozwolić mu wydostać się z dłoni. Kiedy Shane ruszy na poszukiwania, będzie pani jedyną osobą, która będzie mogła się z nim skontaktować i kontrolować go, narzucając mu swoją wolę. Zobaczy pani to, co on będzie widział, proszę nam to relacjonować na bieżąco. Kiedy już tutaj wróci, z łatwością uda mi się przywrócić Jägare. Jest pani gotowa?
- Tak.
Nic go nie krępowało. Wolność. Wolność miała przyjemny, tajemniczy zapach. Oczy widziały ludzi, widziały ich emocje, przeszywały na wylot. Ten człowiek się bał, ten był zdenerwowany, ten szczęśliwy, ten spokojny, ten skupiony. W głowie kotłowała jedna myśl: znaleźć. 
Ujrzał otwór w ścianie. Spojrzał w dół i uśmiechnął się do siebie.
Wyskoczył przez okno, lądując na dole bez szwanku. Natychmiast popędził w kierunku lasu, nie zważając na ludzi, którym ledwo udało się zejść mu z drogi.
Kolejny przyjemny zapach, malinowy. Ale był też inny. Strach. Strach zawsze najsilniej przyciągał.
- Synku, słyszysz mnie? - spytała dziwnie opanowanym głosem. - Pamiętasz, co masz robić?
Głos był niepotrzebny, wiedział. Znaleźć. Drzewa niszczyły zapach, ale czuł go. Daleko stąd. Malinowy. 
- Las skrywa Wroga. Strach.
Gdy kobieta powtórzyła Summerowi słowa Shane'a, ten uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Dziewczyna żyje. Ktoś ją prawdopodobnie porwał. Teraz niech pani posłucha. - spojrzał na kobietę, mówiąc głośno i wyraźnie. - Gdy Bestia znajdzie sprawcę, nie będzie miała dla niego litości. Proszę wtedy nie patrzeć, ale pod żadnym pozorem nie puszczać medalionu, dobrze?
Biegł, przeskakiwał, wspinał się i zsuwał. Pędził przed siebie, instynktownie omijając wszelkie przeszkody. Podążał w tym samym kierunku, cały czas na południe. Malinowy. 
- Zatrzymał się. - oznajmiła kobieta.
Wilk. Bezbronny wilczek. Zraniony, nie ucieknie. Pożywienie.
Ona. 
Kontynuował bieg, pościg za Wrogiem. Została jeszcze mila.  Jeszcze pół. Zaraz...
Ujrzał Go. Zły. Wróg. Miał kieł w ręce.
Kobieta zamknęła oczy przerażona widokiem, który pojawił się przed nimi. Nie była przygotowana na obraz wyrwanej ręki i silnie krwawiącego ramienia.
Cudowne. Czerwone. Płynne. 
Krzyk. 
Rwał, gryzł, szarpał ciało. Wróg walczył słabiej. Jego głowa bezwładnie zwisała z szyi. Upadek.
Śmierć.
Malinowy. Ona. Strach. Nie miała się bać. Znaleźć. Znalazł. Musi z nim wrócić. 
Rozszarpał więzy, wziął Ją na ręce. Nie chciała, nie chciała z nim wracać. Musiała. Chwycił ją mocno i pobiegł z powrotem. Wilk nie był ważny, wilk umrze. Ona przeżyje.
Wieża. Zamek. Już blisko.
Nie! Nie uciekaj!
Ona się wyszarpnęła. Przyjaciel. Ucieka. Biegł za nią, był szybszy. Ona się bała. Przerażona. Nie miała się bać. Znaleźć. Znalazł. Musi z nim wrócić. 
Plan. 
Gonił ją tak, by biegła do zamku. Muszą się domyślić. Muszą. Tak!
Wybiegł stamtąd. Biegła do niego. Tak! Biegła do niego! Wtuliła się w niego. Bezpieczna.
Wtuliła się w niego.
Nie potrzebował niczyjej pomocy by wrócić. Wtuliła. W Niego.
- Katherine. - szepnął, czując nagłą suchość w ustach. - Nic ci nie jest?
Kobieta wciąż obejmowana przez Jake'a odwróciła przerażoną twarz w jego stronę. Nadal widziała w nim Bestię, choć już nią nie był. To było... smutne.
- Kathy... - chciał podejść, chwycić ją za rękę, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że nic jej nie grozi, jest bezpieczna, bo... bo ją ochroni.
- Nie dotykaj mnie. - odsunęła się gwałtownie.
- Przepraszam. - gorąco zalewało całe jego ciało, ręka zadrżała, oddech przyspieszył. Coś było bardzo nie w porządku. - Ja...
- Zostaw mnie w spokoju! - wrzasnęła.
Uścisk w brzuchu pozbawił go tchu. Czuł zawroty głowy, ciało wciąż przechodziły dreszcze, przestawał racjonalnie myśleć .
Usłyszał świst.
Trzeźwość umysłu momentalnie wróciła, wzrok wychwycił dwa bełty przelatujące obok niego.
Krzyk Jake'a, trzymającego się za ramię, z którego sterczała strzała, nie był ważny.
Shane momentalnie znalazł się przy leżącej blondynce. Uklęknął obok, położył jej głowę na swoich kolanach i spojrzał na jej brzuch. Zerwał z siebie płaszcz i spróbował zatamować krwotok. Przyciskał materiał do rany, starając się nie poruszyć sterczącego stamtąd drzewca. Myślał gorączkowo. Był przerażony.
Poczuł słaby uścisk na przedramieniu, popatrzyła na niego spanikowana.
- Nie chcę umierać. - szepnęła.
- N-nie umrzesz. - odparł. - Nie pozwolę na to. Tylko patrz na mnie, cały czas. Patrz na mnie, Kathy.
- Zabierz ją do mnie, natychmiast! - krzyknął z daleka Garrick – Tutejsi uzdrowiciele ją tylko szybciej uśmiercą, pośpiesz się.
Marlończyk ostrożnie wsunął swoje dłonie pod jej ciało i podniósł ją, po czym ruszył za Summerem.
Jej lewa ręka zwisała bezwładnie, oczy się zamykały i otwierały tylko po to, by znowu się zamknąć.
- Patrz na mnie!
Mruknęła coś, ale jej powieki w dalszym ciągu opadały.
Bez trudu dotarł po krętych schodach wieży przeznaczonej dla Wyspiarzy do komnat Garricka. Ułożył ostrożnie kobietę na łóżku, złapał ją za rękę.
Summer pozasłaniał wszystkie okna i w pokoju zaległa ciemność. Jednym szybkim ruchem zrzucił wszystko ze stolika, wyciągnął z kufra fiolki z kolorowymi płynami i poustawiał je tam.
- Wyjdź, muszę się skupić.
- Nie. - ścisnął jej rękę, szepcząc słowa, które miały uspokoić bardziej jego niż ją.
Summer chwycił go za ramię i szarpnął w tył. - Nie chcę jej zostawiać.
- WYJDŹ!
Próbował odciągnąć księcia od kobiety, lecz on wciąż mu się wyrywał.
- Kathy... - wysapał. - Słyszysz mnie? - oczy miała zamknięte, lecz zmusiła się do lekkiego kiwnięcia głową, twarz wykrzywił spazm bólu. - Kathy, przepraszam. Kocham cię.