To nie jest wielki powrót. Żadna reaktywacja. Czysty przypadek. Spóźniony prezent świąteczny albo jak wolicie za szybki noworoczny. Nieistotne. Jest to jest. Ale od razu informacja: nie sprawdzałam poprawności, więc jak są błędy to proszzz wynotować. Taaak.
Jak coś, to dziękować Rudej
Jak coś, to dziękować Rudej
Song: "Mercy" ~ Muse
Siedzący na tronie mężczyzna z trudem powstrzymywał się przed wyjęciem miecza i odcięciem głowy posłańcowi.
Lord Summer przysłał swojego syna by przekazał mu warunki stawiane przez Wyspiarzy.
- Myślisz, że będziemy z tobą pertraktować? - zapytał chłopak.
Marlończyk zerwał się z miejsca i stanął przed czarnowłosym przystawiając ostrze do jego szyi.
- Muszę ci przypominać czyje to tereny i kto tu rządzi?! - warknął, pozostawiając cienką czerwoną linię na jego skórze; schował miecz i podszedł do okna. Jeszcze nie tak dawno patrzył przez nie na krwawą bitwę, obawiając się jeźdźca odzianego w czerń, a teraz?
- Odejdź. To nie prośba.
***
Mężczyzna sztywno odsunął ją od siebie, patrząc na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Garrick Summer nalega, by zastosować areszt domowy względem ciebie. Ty i Aaron musicie zostać w tych komnatach, ktoś będzie wam przynosił posiłki. Nie możecie wychodzić na zewnątrz, ani kontaktować się z kimkolwiek innym niż Wyspiarze, którzy będą stali na straży. Masz zakaz rozmów nawet ze mną, więc to ostatnia godzina, jaką razem spędzimy. - wypluł z siebie na jednym oddechu.
- Co? - spytała inteligentnie, kiedy już skończył. Jeszcze nie przetrawiła tych informacji, więc sens wypowiedzi Lequenilla zaczął do niej dochodzić dopiero po paru chwilach. - To znaczy... Mam... Zamknięta... Tutaj... Dlaczego?
- Wyspiarze uważają, że On wróci. - westchnął. - Ale tylko jeśli się dowie, że cię uwięziono. Chcą jakoś mu to przekazać, zmusić, żeby tu przybył.
- To bez sensu. - mruknęła, odwracając się. - Ten potwór nie ma żadnego powodu, dla którego mógłby tu wracać. A już na pewno nie interesuje go, co się dzieje ze mną czy choćby z Aaronem.
- Nie mów tak, po prostu nie miał wyboru, gdyby nie chciał cię narażać, z pewnością zabrałby was ze sobą.
- Narażać. - prychnęła. - Nie próbuj mnie okłamywać, dobrze wiesz, że nic go nie obchodzimy, zwyczajnie udawał, nigdy by nawet na mnie nie spojrzał gdybym nie była mu do czegoś potrzebna, a Aaron to... Przypadek.
- Jestem przypadkiem? - usłyszeli cichy głosik dochodzący spod stołu. Po chwili chłopczyk wyczołgał się stamtąd i stanął przed matką, patrząc jej w oczy. - Przypadkiem czego?
- Aaron, wiesz... - zaczął Jake; mały zwrócił wzrok na niego.
- Tata kiedyś mówił, że lord Rivemel jest przypadkiem ludzkiej świni, a ty przypadkiem trzęsidupy. Czego ja jestem przypadkiem?
- Ty... Niczego takiego. Twoja mama miała na myśli coś innego, to był przypadek, że...
- Przypadkiem jest nazwanie mnie przypadkiem? Czyli przypadkowo zostałem przypadkiem, czy przypadek mojego bycia przypadkiem jest przypadkiem? A może...
- Idź do swojego pokoju. - przerwała mu kobieta, lekko popychając go w stronę drzwi po prawej.
Katherine usiadła na sofie, gestem pokazując Jake'owi, by uczynił to samo. Zerkali na siebie, ale woleli nie patrzeć prosto w oczy; żadne z nich nie miało najmniejszego zamiaru odezwać się jako pierwsze.
- Nie wierzę, że mogłam się tak pomylić. - odezwała się w końcu. - Ja naprawdę myślałam, że coś... coś jest, między nami. Wydawał się taki... Może niekoniecznie normalny, ale... - z każdym kolejnym słowem w jej oczach wzbierały łzy - sama nie wiem. Inny. Lepszy. - wytarła słone krople powoli spływające po policzkach, pociągając nosem. - Życie bywa brutalne. Szczególnie w takich momentach.
- Uważam, - Jake przysunął się do niej, biorąc jej dłonie w swoje. - że nie powinnaś myśleć o tym w ten sposób. Jakby na to nie spojrzeć, coś między wami było. Musisz przestać przywoływać same negatywy, przecież na początku byłaś szczęśliwa. On zresztą też. Po prostu zbyt wiele się w jego życiu wydarzyło, by mógł choćby pomyśleć o normalnym życiu, w całości spędzonym wśród życzliwych mu ludzi. Nie był do tego przyzwyczajony, Tyson powiedział mi, że kiedyś Shane coś wspominał, że nie czuje się tu swobodnie. Dziwię się, że akurat z Ty'em o tym rozmawiał, ale jednak to zrobił. I z pewnością miał swoje powody. Zrozum, On tu zwyczajnie nie pasuje. Jego miejsce jest na polu bitwy, niestety najwidoczniej po przeciwnej stronie.
- Co masz na myśli?
Jake był lekko zszokowany tym pytaniem, Katherine była z natury na tyle bystra, że doszłaby do tych wniosków dwa razy szybciej niż on.
- Dokąd indziej mógłby zechcieć się udać, jeśli nie do Forreda? Wykorzystał okazję, dobrą wymówkę, i zwiał. Nie dziwię mu się, podejrzewam że od początku jakoś to planował.
- Czyli jednak to prawda, zwyczajnie mnie wykorzystał. Powiedz mi proszę, zawsze byłam taka głupia czy to przez niego?
- Nie mów tak.
- Bo? Bo to prawda, ale nie chcesz tego przyznać bojąc się mnie zranić? Nie martw się, na pewno będzie boleć mniej niż to co On mi zrobił.
Lequenill poruszał ustami jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, w końcu jednak westchnął i podszedł do drzwi. Otwierając je ostatni raz spojrzał na kobietę.
- Nie tylko ty jesteś zła z powodu tego co się stało, mogłabyś pomyśleć o tym, że innym też jest ciężko.
***
Nie mogła dzisiaj zasnąć. Aaron też miał z tym problem, ale jednak udało mu się zapaść w sen. Usłyszała cichy szmer przy drzwiach. Powoli sięgnęła pod stolik, gdzie znajdował się sztylet, wyciągnęła cicho ostrze i ścisnęła mocno rękojeść. Oparła się o fotel, stojący tyłem do drzwi i postanowiła udawać, że śpi – jeśli włamywaczem był jakiś mężczyzna, jedyną szansą by go obezwładnić był atak z zaskoczenia.
Czekała, wstrzymując oddech, jednak nic się nie działo – szmer ucichł, drzwi pozostawały zamknięte, a ona była sama w pokoju.
- Hipokrytka? - mruknęła do siebie.
Po omacku odnalazła świecę, zapaliła ją i podeszła do wejścia. A jednak, ktoś tu był. W szczelinę w starym drewnie wetknięto kawałek pergaminu. Spojrzała na nieznany jej charakter pisma, które nie tak łatwo było odczytać.
„Przyjdę godzinę przed wschodem słońca, weź wszystkie potrzebne rzeczy. Zabiorę ciebie i Aarona daleko stąd.”
Zostaną... wypuszczeni? Ale... Przez kogo? Dlaczego? Gdzie ich zabiorą? I skąd wiedzą, że nie spała? Podglądają ją? Jak?
***
- Jesteście gotowi? - spytał, spoglądając spod kaptura na kobietę ściskającą w jednej ręce małą dłoń synka, w drugiej sporych rozmiarów torbę.
- To ty... - szepnęła zdumiona Katherine. Westchnął, wziął od niej bagaż, i od razu skierował się do wyjścia. - Hej! - wyszła za nim i chciała by jej to wszystko wyjaśnił, odpowiedział na te wszystkie pytania, które sobie zadawała po znalezieniu liściku. Jednak kiedy ujrzała rosłego Wyspiarza leżącego na korytarzu i nie dającego znaku życia, zamarła, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa.
- Rusz się, nie mamy czasu. - westchnął, widząc co ją zatrzymało. - Żyje, po prostu jest nieprzytomny.
- Nie oddycha. - wydusiła.
- NIC MU NIE BĘDZIE. - powiedział przez zaciśnięte zęby – Idziemy. - złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.
Wydostali się z zamku wyjściem, o którym nie miała pojęcia. Mężczyzna milczał dopóki nie dotarli pod las; Aaron cały czas posłusznie szedł za matką, nie odzywając się.
Ich „wybawiciel” szepnął coś w obcym języku, wśród drzew zaszeleściło i po chwili przed nimi pojawił się czarnoszary tygrys o szkarłatnych oczach. Tygrys Shane'a.
- Wsiadaj.
- Słucham?
- No wsiadaj! - podał jej rękę. - Nic trudnego, jak z koniem.
Chwyciła jego dłoń i wskoczyła na grzbiet kota, który drgnął i zamruczał groźnie. Mężczyzna posadził przed nią syna, a za nią rzucił wór z ich rzeczami. Katherine spojrzała na niego wyczekująco, lecz on tylko prychnął.
- On zna drogę.
- Mamy sami jechać...?
- Nagle jesteś taka przerażona?
- Może dlatego że nawet nie wiem gdzie?!
- Do Łowcy.
- CO?! Nie, nie!
***
- Chciałbym żebyś mogła to usłyszeć.
***
- Forred, słuchaj, to ważne.
- Moja kolej, kolego – mruknął lekarz; spojrzał na króla – Panie, musimy ustalić co...
- Ej, zabieraj się stąd. Sprawa jest ważna. Seth, weź odwołaj tych wszystkich czekających pod drzwiami.
- Ponieważ? - mężczyzna spokojnie pił wino, uśmiechając się w duchu. Lubił dziwny sposób bycia Gedha, nie przeszkadzało mu nawet to, że nie zwracał się do niego tak, jak nakazywała etykieta.
- Mamy gościa. Nie chce pokazać twarzy, ale podał Hasło.
Oczy Forreda błysnęły.
- Przyprowadź go. Koniec z audiencjami na dzisiaj.
Uzdrowiciel i przybysz minęli się w drzwiach. Gedh taktownie wycofał się na korytarz.
- Dlaczego się ukrywasz? - spytał Forred przekrzywiając głowę
- Nie jestem pewien czy ucieszysz się z tego że tu jestem.
- Czyżbyś był moim wrogiem?
- Nie sądzę.
- Więc kim? Przyjacielem? Wspólnikiem? Czy może nieznajomym, który dostał hasło od kogoś z mojego otoczenia?
- Jestem... kiedyś mnie tak nazwałeś... Jestem twoim synem.
Dziękujcie mi !! :)
OdpowiedzUsuńW końcu się doczekałam… chyba najlepszy ze wszystkich :)
Lord Rivemel jest przypadkiem ludzkiej świni, a Jake przypadkiem trzęsidupy ...
OdpowiedzUsuńZa to ten rozdział jest przypadkiem całkiem dobrego opowiadania ... ;) Czy aby na pewno czystym przypadkiem, jak to napisałaś? :P
łoooooooooooooooo ogarnęłaś :O
Usuń:*
mam na myśli to słowo którego użyłaś w komentarzu 4 razy
Usuń