środa, 8 kwietnia 2015

IV: If I told you what I was, would you turn your back on me?


Jake przetarł zmęczoną twarz i upił łyk wody. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale nie zamierzał leżeć w łóżku ani sekundy dłużej. Dręczące go koszmary nie pozwalały mu na chwilę spokoju.
Nie miał pojęcia co robić. Pierwszy raz w życiu czuł się aż tak bezradny. Myślał o wszystkim, myśląc o niczym.
Od tygodnia zastanawiał się, co zrobić. Z Nim.
Chciał, żeby był z nimi, przecież byli rodziną, a On już wystarczająco dużo czasu spędził poza Marlonem, poza domem. Powinno być tak, jak jest zawsze w opowieściach bardów. Wszystko się dobrze kończy. Wszyscy są szczęśliwi.
W opowieściach bardów Shane byłby tu przyjęty z godnością, byłby traktowany jak człowiek, jeden z nich. Książę. W opowieściach bardów...
Byłoby łatwiej. Dlaczego było zupełnie inaczej? Dlaczego ludzie okazywali mu respekt nie przez szacunek, lecz strach? Wszyscy się go bali. Jake również.
Po spotkaniu z Nim, Hugo zamknął się w swojej kuźni i nie wychodził stamtąd niemal przez cały dzień, na przemian pracując, śpiąc i jedząc. Nie rozmawiał z nikim, a kiedy komuś udało się go zaczepić, zbywał go machnięciem ręki i wściekłym warknięciem.
Od tego momentu ludzie już nie tak jawnie okazywali swoją niechęć do Shane'a. Plotkowali, obrażali go po kątach, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć tego wprost Potworowi z Runarii.
Jake uważał te wszystkie obmowy za bzdury, nędzne historyjki prostaczków.
Szybko zmieniło się to przez zachowanie jego brata, które było naprawdę dziwne.
Książę zwlekał od tygodnia z obiecaną służącą dla Shane'a, ponieważ jedyną, którą mógł do niego posłać była Katherine, a tego nie chciał. Nie zamierzał narażać jej na... niebezpieczeństwo. Inaczej nie potrafił Go określić. Chciał znaleźć inną, może zatrudnić kogoś nowego, cokolwiek, byleby ona nie musiała być do niego posłana. Niezbyt zdziwiło go to, że Shane wcale się nie przejął brakiem dziewczyny do pomocy, w końcu nie był przyzwyczajony do królewskich standardów, jakie Jake miał zamiar zachować. Podejrzany był fakt, że starszy nic przez ten czas nie jadł. Nie przyszedł ani razu do jadalni, nigdzie też nie widziano, by żywił się czymkolwiek. Przecież musiał czymś się posilać!
Jego zachowanie wywoływało bardzo negatywne emocje wśród Marlończyków. Pocieszający był dla nich jedynie fakt, że Shane wychodził ze swoich komnat dopiero po zachodzie słońca, gdy wszyscy zdążyli udać się do swoich domów. Przemykał wtedy jak cień przez ciemne korytarze, niezauważany przez strażników. Jak zawsze, w swoim czarnym płaszczu. Siadał przy brzegu jeziora, z głową zwróconą w stronę lasu. Tego samego, w którym spędzał całe dnie z Tysonem. Czy mógł go jeszcze pamiętać?
Jake obserwował brata kilka razy, wiedząc, że siedzi nad wodą. Kilkakrotnie zbierał w sobie odwagę, by w końcu się ruszyć i jeszcze raz z nim porozmawiać. Gdy się na to zdecydował i specjalnie przyszedł chwilę przed Nim, usiadł na tym samym kamieniu, na którym widział Shane'a i czekał. Odrobinę przestraszył go fakt, że zorientował się o Jego  obecności dopiero, gdy ten spoczywał już obok. Nie odezwał się, z jego twarzy nie można było nic wyczytać. Milczeli, jednak Jake nie potrafił spokojnie siedzieć i wreszcie przerwał ciszę:
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej. - odrzekł natychmiast, bez emocji.
- Miło by było, gdybyś przyszedł kiedyś zjeść ze mną i z matką. - postanowił sprawić, że Shane sam poruszy wątek swojego niejedzenia.
-  Nie. - powiedział krótko, ze wzrokiem wciąż utkwionym gdzieś w drzewa.
- Mógłbyś chociaż przez chwilę udawać, że dobrze się tu czujesz. - postanowił obrać nieco inną taktykę i zmienił temat. -  To jest twój prawdziwy dom, a ludzie którzy tu są naprawdę chcą ci pomóc, tylko że ty nikogo do siebie nie dopuszczasz. Odcinasz się od nas, a w rzeczywistości jesteś taki sam, jak my. Zmieniłeś się, to prawda, i co z tego? Proszę cię, pomyśl, tu możesz wreszcie ochłonąć, przestać myśleć o tym co cię spotkało i zacząć żyć od nowa. - mówiąc ostatnie słowa położył mu dłoń na ramieniu, chcąc przekonać Go do ich prawdziwości. Cierpliwie czekał na reakcję.
- Może.. - zaczął Shane – Może spróbuję.
Na twarzy Jake'a pojawił się szeroki uśmiech. Udało się, pomyślał.

***

Nie udało się, Jay. Nie próbuj, nie powiedzie ci się. Wiesz, co oni myślą?
Morderca.
Nie jestem taki jak inni. Nie jestem normalnym człowiekiem.
Jestem Łowcą.
Każdej nocy ruszam na polowanie. Szukam. Nikt nie jest taki jak ja. Jestem Łowcą wśród nocy.
Morderca.
Wszyscy już wiedzą, że nie jestem tym kim byłem.
Wszyscy zdają sobie sprawę, że to już się nie zmieni.
Morderca.
Co ty ze mną robisz? Nie mogę się Ciebie pozbyć. Bo jesteś mną, choć nigdy nie byłeś. Jestem Łowcą. Jesteśmy Łowcą. Jesteś mną, a ja Tobą.
Morderca.
Jestem mordercą. Zabijam wszystkich, razem z sobą. Idę na polowanie. Będę zabijać. Sądzicie, że wiecie kim jestem. On myśli, że jestem tym kim byłem. Wy tak nie uważacie, ale wiecie kim NIE jestem.
A ja jestem. Jestem ukrytym Łowcą.
Bestia.
Łowca.
Morderca.
Jeszcze mnie nie znaleźliście. Nie znacie mnie. Jestem inny.
Czy mam rodzinę? 
Nie mam rodziny. Mój brat nie jest moim bratem. Moja matka nie jest dla mnie matką.
To tylko ludzie, którzy znali mnie kiedyś, zanim...
Morderca.
Potwór?
Morderca.
Zawsze nim będę. Będę Łowcą.
Zabij. On zginie. Musisz zabić.
Zabij.

***

Jake położył się do łóżka, pierwszy raz od kilku dni, spokojny. Udało się. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Zamknął oczy i niemal natychmiast zapadł w głęboki sen.
Gdy się przebudził, było jeszcze ciemno. Usłyszał jakieś dziwne dźwięki, kroki w pokoju obok – jego samotni.
- Kto śmie mnie nachodzić o tej porze? - spytał sam siebie.
Drzwi cicho zaskrzypiały i do pomieszczenia dostało się światło z trzymanej przez kogoś, zapalonej świecy. Tajemniczy przybysz odłożył ją na stół i, starając się robić to bezszelestnie, stanął przy łóżku Jake'a. Nie wiedział, że ten już nie śpi.
- Wielki książę. - dało się słyszeć kpiący głos. - Zaraz cię...
- Kim jesteś? - wychrypiał wściekle, czując że zaschło mu w gardle.
- Jednak cię obudziłem. - westchnął. - Trudno.
W świetle rzucanym przez świecę coś błysnęło, i Jake ujrzał trzymany przez Kogoś sztylet. Nie byle jaki. Wyglądał identycznie jak ten, który należał do...
- Kim jesteś? - powtórzył, ogarniany przez coraz większe przerażenie.
- Tym, kto powinien zasiadać na tronie zamiast ciebie. Tym którego chciałeś traktować jak przyjaciela. - parsknął śmiechem. - I tym, który zakończy twój żywot. Potem zajmę się twoją matką, a później innymi. Zabiję was wszystkich. Możesz krzyczeć, ale nie zdążysz ich zaalarmować, a nim wydasz z siebie wrzask agonii, wbiję ci to w pierś – machnął sztyletem.
- Pokaż mi swoją twarz.
- Nie uczynię tego. - oznajmił sucho. - Ostatnie słowa?
- Conburet in igne, mea victima. - dobiegł ich szept.
Zaraz po nim oprawca stojący przy łożu księcia padł na ziemię, nie mogąc wydać nawet ostatniego tchnienia.
W lampie nagle pojawił się ogień i rozświetliła ponure pomieszczenie.
Pierwsze co ujrzał Jake, to krew; w gardle niedoszłego zabójcy głęboko tkwił nóż
- Z-zabiłeś go. - wykrztusił, dysząc ciężko.
- Lepiej, że on nie żyje, niż ty. - usłyszał.
- J-ja nie sądziłem, że posunąłby się do t-tego. - wyjąkał, wciąż patrząc na trupa. - Nie on...
- Mnie to wcale nie dziwi. Wyglądał na takiego, co knuje po kątach. Od razu było widać, że nie jest uczciwy.
Do pokoju wbiegło paru rycerzy. Cóż za prędkość, pomyślał Jake. Zobaczywszy zwłoki na podłodze, od razu pochwycili stojącego przy drzwiach mężczyznę.
- Panie, czy on go zabił? - spytał najstarszy z nich. - To bardzo wysokie wykroczenie, napadać na kogoś Jego rangi. - rzekł, zerkając na ciało.
- Owszem, zabił tego człowieka i jestem mu ogromnie wdzięczny. - rycerze oniemieli. - Ten zdrajca z pewnością odebrałby mi życie, gdyby nie interwencja naszego przyjaciela. - starał się brzmieć możliwie najspokojniej, nie okazując strachu. - Proszę usunąć TO z moich komnat.

***

- Znalazł się kolejny chciwiec, żądny władzy. Musisz bardziej uważać, dobierając sobie przyjaciół.
- Chyba tak. Chociaż akurat po nim bym się tego nie spodziewał, wyglądał na spokojnego i cichego, nieśmiałego człowieka. Jak widać, pozory mylą. Dzięki za ratunek.
Siedzieli na schodach, prowadzących do Wielkiej Sali. Jake jeszcze nie do końca oswoił się z tym, co miało miejsce parę godzin temu. Z samego rana ogłosił wszystkim, co się stało, kto okazał się żmiją, a kto zasłużył na uznanie. Ludzie nie byli zachwyceni z jeszcze większego zadowolenia księcia z Shane'a, niemniej nie chcieli się narażać i udawali podziw dla Potwora.
- Skąd wiedziałeś, że coś się dzieje? - zagadnął książę zaintrygowany. - Twoje pokoje są po drugiej stronie zamku, zatem nie mogłeś nic słyszeć.
Shane zawahał się przed odpowiedzią. Nie mógł przecież tak po prostu wyjawić prawdy o swoich umiejętnościach.
- Powiedzmy, że miałem przeczucie. I nie drąż.
- Jasne. Jeszcze raz dziękuję.
Zabiłeś. On nie zginął.

3 komentarze:

  1. Dalej jestem za tym, abyś zmieniła imiona :)
    Czekam na next /J.

    PS. Nie, nie jestem robotem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dalej jestem za tym że tego nie zrobię :D Tak mi wygodniej, mówiłam ci czemu. Za to trochę zmieniłam wygląd pewnej postaci (co prawda jeszcze się nie pojawiła więc było łatwiej).

      I cieszy mnie że nie jesteś robotem :D

      Usuń
  2. ach, nareszcie ten słynny dialog wewnętrzny (tak, już go widziałam, ale w szkole to co innego niż w zaciszu domostwa :P)
    jako EKSPERT w tej dziedzinie stwierdzam, iż udało Ci się zbudować napięcie i zawrzeć tu świetny element zaskoczenia :P

    OdpowiedzUsuń