sobota, 9 maja 2015

V: Coup de grâce, I will win but never fight

Dobra, wreszcie naskrobałam ten nieszczęsny, piąty rozdział. Wiem, jest beznadziejny, wyszło kompletnie bez sensu, nudno jak cholera i ogólnie do bani. Mam nadzieję, że to moja jedyna chwila słabości ale od początku wiedziałam, że ten moment będzie najgorszy do napisania. 

************************************************


Książę szedł żwirową ścieżką przez królewski park; obok niego kroczył Stary Bill – sir William Keller, zasłużony wojownik i wierny doradca króla w sprawach wojska.
- Panie, czy to aby na pewno rozsądna decyzja? Nie powinieneś kogoś tak niedoświadczonego obarczać tak ważnym zadaniem.
- Jest bardziej doświadczony, niż ci się wydaje.
- Ależ panie, bitwa z Tironejami nazajutrz! - oburzył się starzec – On właściwie nie zna naszych żołnierzy, powinieneś wybrać któregoś z dowódców oddziałów. Allena? Keilora? Bericha? Ale nie Jego! To bezwzględny morderca.
- Nie bezwzględny. - odrzekł spokojnie. - Ale morderca... owszem. Czy nie uważasz, że kogoś takiego potrzebujemy? - Bill chciał odpowiedzieć, ale Jake nie dał mu dojść do słowa. - Wiem, co robię. On się nie obawia, więc pójdzie w bój bez wahania. A oni za nim. Aha, jeśli chodzi o twój niepokój związany z poznaniem naszych ludzi, to nie masz powodów do obaw. Trzy dni temu wysłałem ich wszystkich do wschodniej wieży, można powiedzieć że są zmuszeni do przebywania z nim i przyzwyczajenia się.
Bill parsknął śmiechem.
- O co ci chodzi, przyjacielu? - spytał Jake – Tak, można się przyzwyczaić. Nie jest takim potworem za jakiego go uważacie. Uważam, że poradzi sobie bardzo dobrze.
- Może i masz rację, panie. - westchnął rycerz – Ale przecież nie musiałeś od razu mianować go dowódcą wojska! Na początek wystarczyłoby oddziału, albo... Wszystko, byle nie to.
- Nie kwestionuj moich decyzji. - powiedział książę poważnym tonem. - Przypominam, to moje postanowienie i odpowiedzialność za jego konsekwencje spocznie na mnie, nie na tobie. Dziękuję ci za rady, późno już, zatem do widzenia.

***

Zapukał, jednak nie słysząc odpowiedzi po prostu wszedł do środka. Zobaczył jak mięśnie Jego pleców się napinają, zaraz jednak się rozluźnił i kontynuował przeglądanie rzeczy. Jake przyjrzał się Jego tatuażom, starał się odczytać napisy tworzące niektóre z nich. Starodawne znaki. ”Ł”. ”O”.”W”...
- ”Łowca”? - mruknął pod nosem. Shane wstrzymał oddech; Jake nie zwrócił na to większej uwagi. Innych symboli nie potrafił odczytać. Najdziwniejszym była zdecydowanie ledwo zauważalna linia biegnąca wzdłuż jego kręgosłupa i mniejsze, odchodzące od niej, jakby oplatające jego ciało. Kiedy mężczyzna zakładał łańcuszek, od szyi i przez wszystkie odnogi przebiegł jasny prąd; zaraz jednak zniknął.
- Nie pytaj co to było. - rzekł Shane, uprzedzając chcącego się odezwać brata; odwrócił się w końcu do niego i spojrzał mu w oczy. - Nie pytaj i nawet nie próbuj o tym myśleć.
- Jasne – odparł niepewnie. - Gdzie masz kolczugę? - postanowił zmienić temat.
- Nie potrzebuję jej. - zaczął zakładać ten sam ubiór, który miał w dniu ich potyczki.
- Oszalałeś?! Chcesz walczyć bez zbroi?!
- Jest niewygodna, krępuje ruchy. Wolę mieć większą swobodę, a nie stać w jakiejś stalowej puszce jak ostatni bęcwał.
- Tak, nie zapominaj, że może uratować ci życie. - odrzekł drwiąco.
- Trudno. Nie jestem żadnym rycerzem, zawsze działałem w ten sposób i teraz też zamierzam to uczynić, chociaż jestem zmuszony pilnować twoich chłopców. Poza tym będę zmuszony paradować w tym. – rzekł, zakładając czarną, wierzchnią koszulę z białym feniksem Marlonu. - Pozwól mi zrobić to po swojemu, wiem, jak się walczy na prawdziwej wojnie, w przeciwieństwie do ciebie. - zmrużył lekko oczy, patrząc na brata.
Jake postanowił się już nie odzywać. Nie wiadomo, do czego mogłaby doprowadzić ta rozmowa, ale zaczynało się już robić bardzo niepokojąco. Oparł się o ścianę i czekał, aż Shane będzie gotowy. W tym momencie do pokoju weszło dwóch rycerzy – Keilor, dowódca jednego z oddziałów i Saven, konny.
- Panie. - skłonił się sztywno ten pierwszy na widok władcy, po czym skierował wzrok na starszego. - Miecz czy topór?
- Od biedy miecz. - westchnął Shane, chowając za pas swój sztylet. - I może łuk, jeśli mi jakiś znajdziecie. Dzięki.
Spojrzawszy w zdeterminowane oczy rycerzy, Jake nie miał już wątpliwości, że to była dobra decyzja. Wygrają to.

***

Pół tysiąca Marlończyków wyjechało na południowy wschód. Książę uważał, że to o wiele za mało ludzi, by móc stawić czoło Tironejom, takie były jednak warunki Shane'a i musiał się ich trzymać. Jake nie wiedział, co planuje jego brat, ale na pewno nie mógł zgodzić się z domysłami mieszczan, jakoby Potwór miał ich zdradzić.
Miał tylko nadzieję, że nie poniosą zbyt dużych strat – o ile wygrają. Nie, w to nie miał prawa wątpić, On jest za dobry żeby przegrać. Pewnie ma jakiś plan, który przyniesie im wspaniałe zwycięstwo.

***

Przez bramę główną wjechał goniec. Gdy tylko książę się o tym dowiedział, pobiegł usłyszeć wieści.
- Bitwa skończona, panie – rzekł posłaniec, schodząc z konia. - Wygraliśmy. Gratuluję, panie.
- Mhm. - mruknął. - Ile ofiar? - spytał. Od odpowiedzi będzie zależała wartość zwycięstwa.
- Dwie. - powiedział cicho młodzieniec.
- Dwieście? - Jake miał wrażenie, że źle usłyszał.
- Nie, dwie, panie. - odparł głośniej. - Poległo dwóch naszych.
Książę patrzył na poddanego w osłupieniu. Czy on jest pewny tego, co mówi? Przecież Tironeje to jeden z najwaleczniejszych ludów, jakie kiedykolwiek istniały...
- Tylko? - wykrztusił. - Jak... Naprawdę?
- Tak, panie. A raczej AŻ dwóch. Plan był naprawdę świetny, nie wpadłbym na coś takiego. Niestety, jeden z naszych nie posłuchał Shane'a i odrobinę za szybko rzucił się do walki, a drugi, zdaje się, niefortunnie skoczył ze skał i uderzył głową w kamień.
Przerwał im tętent kopyt i po chwili dziedziniec zapełnił się konnymi wiozącymi rannych. Większość poszkodowanych nawet nie potrzebowała zbytniej opieki uzdrowicieli.
Zaraz za nimi pojawili się dowódcy oddziałów i inni ważniejsi rycerze, wśród nich także On, na czarnym jak węgiel Rixtarze.
Nikt nie ujeżdżał tego konia od dwóch lat – wtedy właśnie zginął jego poprzedni jeździec, a ogier stał się agresywny. Shane'owi udało się okiełznać zwierzę, przesiadując z nim w stajni kilka godzin dziennie.
Obok Rixtara jechał też inny koń, na którego grzbiecie przerzucono tęgiego człowieka.
- Monar Dziki – szepnął Jake.
- W istocie. - powiedział Allen, zsiadając z wierzchowca. - Jak sądzę, może ci się przydać. Reszta Tironejów jest eskortowana przez ludzi Bericha. Prawie wszyscy chcą przed tobą klęknąć, pozostali nie żyją. Zabiliśmy ponad trzydziestu.
Jeszcze nie wszystko dotarło do księcia. Nadal był zszokowany niewyobrażalnie małą ilością ofiar po obu stronach i tym, że właściwie nie było walki. To NIEMOŻLIWE, żeby wygrać bitwę bez bitwy. Był pewien, że Shane zastosował jakieś czary, sztuczki... cokolwiek, ale na pewno nie udało mu się tak po prostu pokonać potężnego plemienia. Musiał z nim porozmawiać.
- Gdzie on jest? - spytał, rozglądając się w poszukiwaniu brata.
- Poszedł odprowadzić konia do stajni, panie. - odparł Keilor, pokazując giermkowi, by ściągnął z niego zbroję.

***

Jak się czujesz, Rixtarze?
Dobrze, Łowco.
Wiem, że nie chcesz już oglądać rozlewu krwi, lecz wybrałem cię i pragnę, byś mi towarzyszył, kiedy będę tego potrzebował.
Zawsze, Łowco.
Odpocznij, Rixtarze.
Ty również, Łowco. Dziękuję.

***


- Czy ty właśnie gadałeś z koniem? - spytał Jake, widząc brata odchodzącego od boksu. On tylko wzruszył ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego. - Miałem wrażenie, że gapiliście się na siebie przez dobrych kilka minut. Jakoś się z nim porozumiewasz, nie?
- Nie powinno cię to tak interesować – odparł chłodno i próbował wyjść ze stajni, lecz młodszy zagrodził mu drogę.
- Przepraszam, jeśli cię uraziłem. - Jake starał się powstrzymać drżenie głosu. Nie lubił, gdy On patrzył na niego w TEN sposób. Jego oczy przepełniały się wtedy złością i czymś, co można by uznać za wzrok zwierzęcia. W takich momentach bał się, że wróci Morderca, a książę Lequenill przepadnie już na zawsze. Czarny Zabójca zbierze wtedy okropne żniwo i wróci do Runarri, a potem razem z Forredem przejmą kontrolę nad całym kontynentem. - Przyszedłem, bo chciałem z tobą porozmawiać.
- Śmiało. - uspokoił się. - O co chodzi?
- Jak to zrobiłeś? - wypalił od razu Jake.
- Cóż, znam Tironejów, mieszkałem u nich przez jakiś czas więc ich zwyczaje nie są mi obce. - oznajmił , opierając się o ścianę i krzyżując ręce na piersi. - Wiem, że doskonale walczą w górzystym terenie, potrafią się świetnie ukrywać i atakować z zaskoczenia. Tego chciałem uniknąć, nie mielibyśmy szans. Dlatego wybrałem najbardziej przystępną godzinę: południe. Wtedy zawsze odbywa się rada Monara i jego Dziesięciu doradców, zamykają się w namiocie na środku miasta, większość strażników pilnuje, by nikt ich nie podsłuchiwał. Pozostałych ludzi wysyła się na obrzeża, możliwie najdalej od spotkania rządzących. Wybrałem pięćdziesięciu ludzi, reszta czekała na polanie. Znam rozmieszczenie ich punktów obserwacyjnych, co pomogło nam je ominąć i przedostać się do obozu niezauważonymi. Dotarliśmy do mieszczan, rozmawiałem z nimi i większość dała się przekonać, by dołączyć do nas, reszty nie oszczędzaliśmy. Tych którzy postanowili być z nami przenieśliśmy do tych, którzy czekali w dolinie. Potem wysłałem część ludzi do zabicia obserwatorów. Jeden z naszych chyba się potknął przy schodzeniu, wtedy ponieśliśmy pierwszą stratę. Kolejny odrobinę za szybko wybiegł z kryjówki, strażnicy pilnujący namiotu Monara szybko go załatwili, zaraz po tym my runęliśmy na nich i wykończyliśmy w parę minut. Przy życiu zostało kilku, którzy się poddali, i Dziki, choć musiałem go mocno zdzielić w łeb, żeby zasnął i się nie szarpał. Zabrałem go, gdyż uznałem tego wielkoluda za dobre trofeum dla ciebie. Możesz mieć z niego pożytek.
- Niesamowite. - tylko to słowo przeszło przez usta Jake'a, niemogącego nie być pod wrażeniem geniuszu brata. Tylko on mógł wymyślić taki plan, właściwie doskonały.
- Wbrew temu co o mnie mówią, nie jestem zwolennikiem krwawych jatek. Wolę wszystko załatwiać możliwie najszybciej i z jak najmniejszą ilością problemów. - westchnął i skierował się do zamku. Po drodze jeszcze na moment obrócił się do Księcia. - Jayu, przydałaby mi się jednak jakaś służąca.

3 komentarze:

  1. Dzicy… Wyczuwam GOT'a i przedawkowanie Imperiów. :)
    Najlepszy moment to chyba rozmowa z koniem ;) /J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee tam, jeden Dziki :D Nawet wcześniej tego nie skojarzyłam z GoT'em XD.

      Usuń
  2. "Walić to", "idiota" - myślę, że Twoja inwencja twórcza i tu zadziała i wymyślisz jakiś soczysty, obraźliwy odpowiednik pasujący do tej opowieści :P

    no i popieram wcześniejszego "komentatora" (hmmm, skądś tego kogoś tak jakby znam ... XD)

    OdpowiedzUsuń