I może was postraszę: prawie napisałam następny ale póki co go nie zamieszczę, czekam aż wszyscy dotrą tutaj i dadzą mi znać [a jakże, komentarzem!]. Hahaha!
*******************************************
- Nie. - mruknęła cicho lady Camille, próbując wyrwać się synowi. Jake zaciągnął ją na koniec korytarza i spojrzał głęboko w oczy.
- Matko, kiedyś musisz to zrobić. - odezwał się przepełnionym spokojem głosem. - Nie sądzisz, że już wystarczająco dużo lat minęło od waszej ostatniej rozmowy? Przecież on się zmienił! Miesiąc temu udało mu się podbić Tironejów, dla nas. Mógł razem z nimi zaatakować Marlon, a my nie bylibyśmy przygotowani, więc ponieślibyśmy porażkę. Walczył dla nas, dla mnie i dla ciebie.
- Ale Jay, ja... - nie zdążyła dokończyć, bo książę zapukał do rzeźbionych, dębowych drzwi i schował się za rogiem. Przez głowę przebiegła jej myśl, że zachował się właśnie jak kilkuletni chłopiec, którym był jeszcze nie tak dawno. Przynajmniej dla niej nie tak dawno.
Odetchnęła i patrzyła w skupieniu na ciemne drewno. Nie słyszała żadnego głosu z wewnątrz, właściwie żadnego dźwięku, jakby pokój był pusty. Już chciała odejść, gdy, obracając się, napotkała wzrok młodszego syna patrzącego na nią znacząco zza kolumny. Kiwnął głową zachęcająco i uśmiechnął się lekko.
Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Poczuła rękę Jake'a na plecach, pchnął ją wgłąb i zamknął za nią. Wewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność; gdy wzrok zdążył się już do niej przyzwyczaić, ujrzała w głębi pomieszczenia dwoje oczu. Hipnotyzujących, pięknych. Niepokojących i dzikich.
- Czujesz strach. - przeszywający szept rozniósł się po pokoju. Wzdrygnęła się, gdyż przenikliwość jego głosu odebrała jej całą odwagę, choć było jej niewiele. - Nie chcesz ze mną rozmawiać. - ponownie się odezwał. - Boisz się mnie. Bardzo wyraźnie to wyczuwam.
- Chyba trochę tu za ciemno. - powiedziała, usiłując odrobinę zejść z tematu.
- Ha! - parsknął. - Nie chcesz na mnie patrzeć. - jak mogła się spodziewać, nie zabrzmiało to jak pretensja. - Zatem to i tak nie ma znaczenia.
- Nie mów tak... - w gruncie rzeczy nie miał racji. Wolałaby jednak patrzeć na niego, niż zastanawiać się, co się dzieje w ciemności.
Błysnęło i w pokoju zrobiło się jasno. Płomyk na świecy stojącej na stole tlił się spokojnie, choć nikt go nie zapalił. Zignorowała to, wmawiając sobie, że to zwykła sztuczka. Nie czary.
Nienawidziła czarów. Wszystkich, którzy ich używali, albo raczej mieli opinię takowych, unikała, albo wysyłała na wygnanie. W jej przekonaniu, nie należało parać się czymś niezgodnym z prawami natury. A magia nie istnieje, to głupi wymysł ludzi znudzonych normalnym życiem, próbujących zaimponować innym.
Zobaczyła mężczyznę stojącego pod ścianą, bacznie przyglądającego się jej, analizującego ją od stóp do głów. To nie była ta sama osoba, co trzydzieści lat temu. Nie widziała wesołego chłopca o ciemnych włosach do ramion i łagodnej twarzy, lecz krótko ostrzyżonego, postawnego człowieka o wyraźnie zaznaczonych rysach.
- Już. Ulżyło ci, że nie trzymam czegoś czym mógłbym cię zaatakować? W końcu jestem Bestią, prawda?.
Próbowała wydusić z siebie choć jedno słowo zaprzeczenia; na marne. Wszystko dlatego, że to, co mówił Shane było prawdą. Lękała się tego kim się stał, przerażał ją.
- Po co tu przyszłaś? - spytał, nie oczekując odpowiedzi. - Pewnie nawet nie wiesz. Jake cię zmusił, sama byś nigdy nie chciała się ze mną spotkać. Jemu nie przeszkadza moja obecność, za to ty nie potrafisz mnie zaakceptować, bo kiedyś byłem twoim uroczym syneczkiem, a teraz uważasz mnie za mordercę. Dzikusa. - powiedział bardzo wyraźnie. - Może jednak mi odpowiesz, po co przyszłaś?
- Nie wiem. - wymamrotała. Nie mogła wydusić z siebie wiele więcej, musiała ograniczać się jedynie do paru słów, jeśli nie miała zamiaru zemdleć przed Shane'm, który mógłby to wykorzystać, żeby...
- Pewnie, jak masz wiedzieć, skoro mi nie ufasz. - czytał jej w myślach. Naprawdę to robił. Nie! Magia nie istnieje! Ale skąd wiedziałby, co jej chodzi po głowie? - W głębi duszy chciałabyś, żeby mnie zamknęli w najgorszej celi, a na straży stało przynajmniej stu najlepszych żołnierzy. I tak, według ciebie, nie wystarczająco dużo, jednak większej ilości wolałabyś nie poświęcać. Brakuje ci odwagi, by mnie zabić, zatem najprostsze okazałoby się trzymanie pod kluczem. Jestem taaaki straszny.
- Masz rację. - rzekła, czując przypływ śmiałości. - Boję się ciebie. Nie widzę w tobie mojego syna, bo nie jesteś nim. - mówiła co myślała, i tak nie ukryłaby przed nim niczego. - Nie mogę ci zaufać, bo uważam, że nas zdradzisz. Co jeśli wykorzystałbyś nas, a Runarrzy zaatakowali królestwo? Nie chcę się do ciebie zbliżyć, ponieważ obawiam się śmierci, z twojej ręki.
- Boisz się do mnie zbliżyć? - zrobił powoli krok w jej stronę. - A jeżeli to ja zbliżę się do ciebie? - kolejny krok.
Nie poruszyła się, ale zacisnęła dłoń mocniej na rękojeści sztyletu, który chowała za plecami. Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Z tej odległości widziała je bardzo dokładnie. Teraz widziała to, na co patrzyła dawno temu.
Broń wypadła jej z ręki, a po policzku spłynęła samotna łza. Shane wytarł ją delikatnie kciukiem i przejechał uspokajająco dłonią po włosach kobiety.
- Mamo.
- S-Shane. - szepnęła. - Synku. - oparła się o jego pierś, kolejne słone krople skapnęły na jego koszulę. - Moje dziecko.
- Nadal jestem mordercą?
- Nie, już, już nie. - płakała, uśmiechając się i obejmując go mocno. - Nie jesteś, nie.
- Chcesz usiąść? - zagadnął, podchodząc do łóżka i sadzając tam kobietę.
Sam wyszedł na korytarz, słyszała, że puka do drzwi, prawdopodobnie tych znajdujących się obok i mówi coś do kogoś. Nie wychwyciła słów, jednak jego głos wydawał się opanowany i... miły?
Po chwili wrócił i usiadł obok matki, obejmując ją. Oparła się o jego ramię i pociągnęła nosem. Przymknęła oczy, uspokajając oddech.
Minęło parę minut, gdy drzwi się uchyliły i weszła przez nie niewysoka, młoda kobieta o jasnych włosach do ramion.
Camille była przeciwna takiej fryzurze dziewczyny, gdyż była niezgodna z tradycją, jednak Jake nie chciał jej słuchać i pozwolił jej na to. W końcu wiele go z nią łączyło. Zachowywał się, jakby była jego młodszą siostrą, zajmował się nią, choć była zwykłą sierotą z miasta.
Katherine położyła na stoliku przed nimi dwa kubki. Shane uśmiechnął się do niej krótko, ona dygnęła i wyszła, cicho zamykając za sobą. Mężczyzna wziął jedno z naczyń i podał matce.
- Co to? - spytała, biorąc je do ręki i przyglądając się uważnie cieczy w środku.
- Powiedzmy, że herbata. - podrapał się po głowie - Dobrze działa, jeśli chcesz się uspokoić, mnie pomaga. - Odrobinę zdziwiły ją te słowa. On potrzebuje czegoś na uspokojenie? Dlaczego? - Mam nadzieję, że się nie obawiasz?
Pokręciła przecząco głową i upiła łyk naparu. Słodki napój o smaku, z jakim się jeszcze nigdy nie spotkała. Dziwny, owocowy, wyrazisty. Niemal od razu poczuła rozpływające się po ciele ciepło, a negatywne emocje powoli odpłynęły.
- Możesz mi już zaufać? - spytał poważnie.
- Tak. - odparła z pełnym przekonaniem.
Jeszcze raz położyła głowę na jego ramieniu i wtuliła się w nie. Pocałował ją lekko w czoło, odgarniając z niego kosmyki włosów.
- Wiesz... - przerwał ciszę po paru minutach. - Dużo razy widziałem w snach swoje dzieciństwo, będąc w Runarrii. Nie były to dobre wspomnienia, większość z nich stanowiły kłótnie. Z tobą. - dopowiedział po chwili, kierując wzrok na przeciwległą ścianę. - Tyle razy się sprzeczaliśmy. Nie chciałaś, żebym biegał po lasach, bo napadną na mnie jakieś drapieżne zwierzęta. Mówiłaś, żebym trzymał się blisko zamku, tak jak przystoi młodemu księciu. Dopiero ostatnio uświadomiłem sobie, że tak naprawdę twoim zamiarem było chronienie mnie przed niebezpieczeństwami. Jednak gdybym cię wtedy posłuchał, nie miałbym odwagi obronić Jake'a. Dzięki temu, jak spędzałem czas, stałem się bardziej odporny na... to. On był wtedy taki mały, nie wytrzymałby tego, ty też nie dałabyś rady, gdyby go zabrali. A ja raczej nie byłem tak ważny.
- Nie mów tak! - przerwała mu. - Wcale nie, obaj byliście dla mnie najważniejsi na świecie!
- Wiem, że płakałaś i wiele razy wspominałaś dawne czasy. Z tym, że zawsze to jego bardziej kochałaś. Nie winię cię za to, sam się o to prosiłem, przeszło mi przez myśl, że nawet ci ulżyło, kiedy Forred wypuścił Jaya, ale to zrozumiałe. - zacisnęła usta i przytaknęła. - Chciałbym zacząć od nowa – westchnął, opierając się o ścianę. - Żebyś mi wybaczyła to, co zrobiłem i... pomogła tu przeżyć. - ścisnął ją mocno za ręce. - Bez ciebie sobie nie poradzę, wiesz? Potrzebuję cię i mam nadzieję, że to rozumiesz. To, co się tu dzieje jest dla mnie całkowicie nowe, nie mam pojęcia, czego ludzie ode mnie oczekują, czy to, jak się zachowuję jest słuszne. Nie wiem tak naprawdę kompletnie nic. To nie jest świat, jaki znam. Czuję się obco. Strasznie zagubiony. Połowy tego, co się dzieje, nie pojmuję, druga połowa wydaje mi się śmieszna, nie taka, jaką być powinna. Nie znam się na tym wszystkim, tych waszych ucztach, posiedzeniach... Wolałbym spędzać czas tak jak Tam.
- Wstawaj! - krzyknął Dhaffo, śmiejąc się przeraźliwie. Wściekłe oczy leżącego na ziemi mężczyzny wpatrywały się w stojącego przed nim bruneta. Podniósł się, otrzepując z kurzu i splunął krwią. - Co, poddajesz się?
- Nie! - odwarknął, ustawiając się pewnie na nogach i unosząc zaciśnięte pięści. Mierzył wzrokiem przeciwnika, przesuwając się powoli w przód. Kiedy postanowił zaatakować, skoczył na niego, lecz nim udało mu się wymierzyć cios, poczuł uderzenie w bok. Padł ponownie na grunt, zabrakło mu tchu. Zakrztusił się i przetoczył na plecy. Podniósł otwartą rękę, pokazując poddanie się. Krąg ludzi zgromadzonych wokół prowizorycznego ringu zaczął gwizdać. Część się śmiała, część miała niepocieszone miny. Dhaffo zeskoczył z pnia, na którym siedział i podniósł rękę zwycięzcy.
- Oto nasz nowy mistrz! Młody Jägare pokonał Haara!
- Jägare? - spytał szeptem Dhaffę. - Co to znaczy?
- Łowca. - odparł czarnoskóry, szczerząc się szeroko. - Zostałeś Łowcą, chłopcze.
Camille zabrała swoje ręce z jego dłoni i zaczęła przetrząsać kieszenie. Po chwili natrafiła na kawałek materiału, wyciągnęła go i wcisnęła Shane'owi. Spojrzał na nią pytająco i rozwinął płótno. Uważnie przyjrzał się leżącemu na nim przedmiotowi.
- Miałeś go od nas dostać na trzynaste urodziny – oznajmiła kobieta. - Nie musisz go nosić, chciałam ci go po prostu dać. Tyle lat przeleżał w szafie, chyba najwyższy czas to zmienić, nie sądzisz? - uśmiechnęła się szczerze.
- Dziękuję.
- Cieszę się, że udało nam się porozmawiać. Muszę już iść. - podniosła się i podeszła do drzwi, chcąc wyjść.
- Mamo? - usłyszała, gdy już przekraczała próg.
- Tak? - odwróciła się i zaraz widok przesłoniły jej ramiona syna, który objął ją i przytulił. Odwzajemniła uścisk, a kiedy ją puścił dała mu całusa w policzek.
- Kocham cię. - szepnęła na pożegnanie.
O jacie, jaki sweet koniec ;)
OdpowiedzUsuńSkąd ty bierzesz te nazwy? /J
Znalazłam błąd (ciekawe czy ogarniesz :D) 10/14; ogólnie to chyba ten rozdział był najnudniejszy, a nie poprzedni. Dobra to teraz czekam na następny, bo nareszcie udało mi się te ostatnie przeczytać (D)
OdpowiedzUsuńogarnęłam, jestem mądra :D + poprawione
Usuńmoże i ostatnia, ale zadowolona :D
OdpowiedzUsuńa podobno to tylko Bagno wciąga ... :D
pewnej OSOBIE się nie pododbało :/ :P
Usuńrzeczywiście za dużo się nie dzieje, ale to nie znaczy że od razu jest jakiś ajghsnikasjdnsanvaskjhf (w tym złym znaczeniu) :P
Usuńno. i retrospekcje są fajne :D
we wciąganiu chodziło mi o ogół, a w za-dużo-nie-dzianiu o 6 rozdział :P
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń