Obstawiam, że zupełnie nie będziecie wiedzieć, o co mi chodzi, ale w tym rozdziale jest bardzo świetny fragment... A tak ogólnie, sprawa jest "skomplykowana" - +pisiont punktów dla tego kto ogarnie (zapewne nikt nie ogarnie, więc zgarniam całą pulę XD)
Nie czuła się dobrze.
Siedziała razem z synami, lordami dowódcami oddziałów wojska i przedstawicielami zwiadowców w sali narad. Odbywało się jedno z codziennych spotkań, trwających około dwóch godzin, na których poruszano tematy albo niecierpiące zwłoki, albo po prostu nudne. Każdy wyżej postawiony Marlończyk mógł w nich uczestniczyć; wielu wykorzystywało ten przywilej, by mówić o zupełnie niepotrzebnych rzeczach, namawiać króla do czegoś lub po prostu poszczycić się swoimi nikogo nieinteresującymi osiągnięciami. Większość spotkań nie wznosiła nic ciekawego, toteż rzadko kiedy wszyscy skupiali się na tym, co się dzieje.
Shane wydawał się kompletnie niezainteresowany tym, co mówili i co chwila szeptał coś do siedzącego obok Tysona; Jake z całych sił próbował nie zasnąć.
- Koniec narady. - oznajmił jeden z dowódców, nie chciała nawet spojrzeć, który. Czym prędzej wyszła z sali i skierowała się do swoich komnat. Przechodząc przez dziedziniec zobaczyła na niebie ciemne chmury, powietrze było wilgotne. Szybko weszła do budynku.
Zdążyła zamknąć drzwi pokoju, gdy usłyszała huk pioruna, poprzedzony oślepiającym błyskiem. Chwilę po tym lunęło.
***
- Nie wierzę.
Odwrócił się do Shane'a, na którego twarzy widniał wyraz tak samo obojętny jak zawsze; brunet patrzył na szare niebo. Jake odchrząknął.
- O co ci chodzi? - spytał unosząc brew.
- Zobaczysz. - stwierdził, po czym wyszedł z komnaty. Chwilę później szedł już dziedzińcem, zupełnie nie przejmując się strugami deszczu.
Jake bez zastanowienia ruszył za nim. Tuż przed wyjściem zatrzymał go strażnik, twierdząc, że nie może wypuścić księcia z zamku w tak paskudną pogodę.
- Oczywiście. - parsknął. - A czy jeśli każę cię ściąć, nadal będziesz usiłował mnie zatrzymać?
Wartownik zdziwił się słowami władcy. Sam Lequenill uznał, że się tego po sobie nie spodziewał. Od kiedy pojawił się Shane, bardzo się zmienił. Stał się ostrzejszy, bardziej wymagający. Budził znacznie większy respekt. Dopiero przy Nim zachowywał się jak prawdziwy monarcha. Nie okazywał już strachu. Był pewny tego co robi. Wzorował się na starszym bracie i – choć nie wyzbył się przekonania, że to On powinien rządzić – wiedział, że bez Niego nie potrafiłby nigdy zapanować nad Marlonem. Teraz był przywódcą. A jego rozkazów słuchali wszyscy.
Minął strażnika i wyszedł na powietrze. Ignorował ulewę, podążał za Shane'm, który prawdopodobnie udał się w kierunku jeziora. Jake przyspieszył, niemal biegł, aż w końcu stanął obok Niego.
- Nie wierzę. - powtórzył brunet, patrząc gdzieś w dal. - Skąd on tutaj?
- O kim ty mówisz?! - stracił cierpliwość. Trudno było wyprowadzić go z równowagi, lecz Jemu udawało się to przy każdej okazji. Nie mógł dostrzec tego, kogo najwyraźniej widział brat.
- Nie mów, że spodziewasz się tu Wyspiarzy.
- Spodziewam się. - przytaknął. - Widzisz ich?
Jake przez strugi nie widział nic znajdującego się dalej niż kilka metrów.
- Garricka, jego synów i paru innych, zapewne robiących za asystę, bo ich nie kojarzę. Zawsze muszą mieć efektowne wejścia.
- Sugerujesz, że ten deszcz jest z ich powodu?
- Przekonamy się. - mruknął.
Podwinął rękawy i przykucnął. Zanurzył prawą dłoń w kałuży, błysnęło pod wodą i jasny promień mignął przez deszczówkę w kierunku przybyszów. W połowie drogi wiązka została przerwana przez piorun, który uderzył prosto w nią. Ułamek sekundy później kula wody wielkości głowy leciała w ich stronę, Shane'owi udało się ją zatrzymać, czemu towarzyszył błysk, pochodzący jakby z jego rąk. Przechwycił pocisk, który rozszczepił się pod jego dotykiem i chlusnął w kałużę. Deszcz momentalnie przestał padać, wyszło słońce, przed chwilą mokra trawa wyschła. Jakby nawałnicy wcale nie było; jedynym jej dowodem były przemoczone ubrania.
Dopiero teraz Jake zauważył kilkanaście postaci, idących w ich kierunku. Dostrzegł starszego mężczyznę o zdecydowanym wyrazie twarzy; miał na sobie długi, ciemnogranatowy płaszcz. Po obu stronach Garricka Summera szli jego synowie – kruczowłosy Gale i Marc o platynowych włosach, obaj w czarnych okryciach.
Pozostali ubrani byli w szare stroje.
Marc z podejrzliwym wyrazem twarzy szepnął coś do ojca, ten odpowiedział mu, zachowując spokój. Stanęli przed Marlończykami. Gale bez żadnego ostrzeżenia wypuścił kolejną kulę w stronę Shane'a. Książę się tego nie spodziewał, uderzenie odrzuciło go w tył, lecz udało mu się utrzymać na nogach. Przez odsłonięte ramiona bruneta przebiegł błyszczący impuls. Garrick wyciągnął do niego rękę, Shane po chwili chwycił go za przegub, Summer uczynił to samo. Spojrzeli sobie w oczy, Wyspiarz sprawiał wrażenie, jakby czegoś w nich szukał, jego uścisk stawał się coraz mocniejszy, w końcu książę wyszarpnął swoją dłoń i warknął:
- Wystarczy.
Wyspiarz potarł swój nadgarstek.
- Załóżmy, że jednak nie zamierzasz nikogo w najbliższym czasie zabijać. - powiedział. - Nadal ci nie ufam, Jägare. Postaraj się to zmienić.
Dopiero teraz popatrzył na Jake'a i zmierzył go wzrokiem.
- Ty jesteś tu królem, tak? - zwrócił się do niego.
- Nie. - odparł pewnie. - Jestem księciem, mój ojciec jeszcze nie umarł, on jest prawowitym władcą, a ja...
- To nieistotne. - wtrącił Summer. - Ty podejmujesz najważniejsze decyzje, więc to z tobą mam rozmawiać, tak?
- Tak. - niezachwiana pewność siebie Jake'a prysła. Czuł, że nie jest jeszcze wystarczająco silny na władcę. Musi być znacznie bardziej zdecydowany i odważny. - Poproszę kogoś, by pokazał wam wasze komnaty. Po obiedzie przejdziemy do sali narad, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Potrzebujecie jeszcze czegoś?
- Nie pozwolicie mi go ubić, racja? - Marc skrzyżował ręce na piersi i spojrzał wyzywająco na Shane'a.
- Nie wymyślaj, chłopcze. - powiedział Garrick. - Nie zapominaj, o kim mówisz i dlaczego tu jesteśmy. Jeśli chcesz wrócić do domu, proszę bardzo. Będziesz siedział ze Strażnikami. Odpowiada ci to?
Blondyn zbladł. Zdecydowanie nie uśmiechało mu się medytowanie przez cały dzień ze starcami. Nie odezwał się już słowem, póki nie dotarli do zamku.
***
- Muszę z nim porozmawiać. - rzekł czarnowłosy. W tym samym momencie u jej boku pojawił się Shane; z jego oczu wyczytała zawahanie. Patrzył przez chwilę na gościa, w końcu odwrócił się do kobiety i mruknął:
- Masz wolną godzinę.
Mężczyźni udali się na dwór i usiedli przy jeziorze. Groźny wzrok księcia sprawił, że wszyscy ciekawscy momentalnie uciekli; nikt nie mógł im przeszkadzać w rozmowie, ani jej podsłuchiwać.
- Czego chcesz? - warknął.
- Przestań. - odparł spokojnie Gale. - Wiem, że ty i mój brat nie przepadacie za sobą, ale mnie chyba dasz radę znieść? - poczekał aż Shane przytaknie, po czym kontynuował, zniżając głos – Chciałbym wiedzieć, jak ci idzie szukanie odpowiedzi.
- Średnio. - odpowiedział. - Muszę poprosić o pomoc kogoś, kto zna benelski, a trzech języków zupełnie nie rozpoznaję. Myślę, że są spoza kontynentu. Pozostałe rozszyfrowałem, ale bez tamtych niewiele da się zrozumieć. To frustrujące.
- A te symbole? Coś znaczą?
- Na razie nie znalazłem nic, penetruję tutejszą bibliotekę, może tam coś będzie. Jeśli nie, będzie...
- ...źle. Wiem. - westchnął. - Strażnicy też ich nie znają, żadnego. Zaczynam mieć tego dość.
- Ciebie nikt nie zmusza do szukania. - stwierdził Shane. - Możesz tego nie robić.
- Mimo wszystko wolę ci pomóc. Też mnie to ciekawi, poza tym przydałoby się to rozwiązać. A właśnie. - zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza. Wreszcie wyciągnął z jednej coś zawiniętego w pergamin. Przedmiotem okazała się malutka buteleczka, w której znajdował się żółto-zielony płyn. Marlończyk zabrał ją z rąk Wyspiarza i dokładnie przyjrzał się zawartości.
- Pamiętaj, żeby użyć tego tylko w ostateczno...
Nie zdążył skończyć, ponieważ Shane odkorkował butelkę i wypił całość za jednym razem. Splunął i potarł gardło.
- Paskuda.
- Miałeś oszczędzić do czasu, aż To zacznie cię przerastać.
- Teraz zaczęło mnie przerastać. - odrzekł oblizując wargi z niesmakiem. - Powiedziałbyś jeszcze jedno słowo i zdzieliłbym cię po twarzy, to chyba lepsze wyjście.
- Zapanowałbyś nad tym. - uznał.
- Nie, gdybym nie chciał.
Nie ogarniam :)
OdpowiedzUsuń