czwartek, 4 czerwca 2015

VIII: I’m still comparing your past to my future

Dobra, nie próżnuję, choć następny zapewne nie pojawi się tak szybko, ale co tam. Cieszmy się tym co jest. Mam nadzieję, że wszystkie OSOBY będą zadowolone [czyt. nikt nie będzie narzekał, że nudno. Chociaż jak dla mnie rzeczy nudnych tutaj jest dużo. Bardzo.]. A w "bohaterach" nowa postać :D. Enjoy :)


Kroczył powoli przez leśne ścieżki. Słońce chyliło się ku zachodowi, a jemu pozostało już niewiele drogi. Nie minie godzina, nim dotrze do zamku; mniej, jeśli przyspieszy kroku.
Pośpiech jednak nie był mu na rękę. Wiele tygodni minęło od jego ostatniego pobytu w tym lesie. Zatęsknił za niezwykłymi roślinami, które można spotkać tylko tutaj, a także tutejszymi jeleniami – największymi w całym Marlonie.
Zauważył jednego, niespełna dziesięć metrów dalej. Ciemny strój zwiadowcy i doskonale wypracowana umiejętność bezszelestnego poruszania się sprawiły, że zręcznie wyjął strzałę z kołczanu przewieszonego na plecach i naciągnął cięciwę, pozostając niezauważonym przez zwierzę. Podniósł łuk.
- Nie zabijaj go. W zamku jest wystarczająco dużo jedzenia. - niespodziewany szept przy uchu sprawił, że aż podskoczył zaskoczony. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, by jeleń uciekł.

- Zwiadowca musi być czujny. Nie może zignorować żadnego czynnika, nawet jeśli wyda mu się niepotrzebny. Każda rzecz ma znaczenie. Zwiadowca powinien być przygotowany na wszystko, a zaskoczenie ma stać się obcym słowem. Nieuwaga jest zabroniona.

Zaklął pod nosem. Chciał się obrócić i sprawdzić, kto zmarnował mu pięknego, potężnego rogacza, gdy poczuł na szyi ostrze.
- Uwierz lub nie, ale nie mam najmniejszego zamiaru cię zabić. - usłyszał ponownie spokojny głos. - Po prostu zachowuję wszelkie środki ostrożności, bo nie chcę, byś zrobił to pierwszy. Czyżbyśmy się znali?
- Doprawdy? - parsknął, opuszczając łuk. - Nie przypominam sobie, żebym znał jakiegoś skrytobójcę.
- Czy ja jestem skrytobójcą, Ty? - odsunął sztylet od gardła zwiadowcy.
- Powiedziałeś, „Ty”? - warknął, obracając się do rozmówcy, lecz nie mógł zbyt dokładnie dostrzec jego twarzy w mroku, nawet pomimo swojego świetnego wzroku. - Za kogo ty się uważasz?!

- Ty, uspokój się.
- Uspokój się? - krzyknął – Co proszę?! On był dla mnie niczym brat, jak możesz kazać mi się uspokoić, skoro prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę?!
- Ty, proszę cię...
- Przestań! I nie mów tak do mnie. Dobrze wiesz, dlaczego.

- Za siebie. Kiedyś tak do ciebie mówiłem i nie miałeś z tym problemu. - westchnął. - Nieładnie nie poznawać starego przyjaciela.
Stał w osłupieniu i usiłował przeanalizować sytuację i słowa człowieka przed sobą. W dalszym ciągu nie widział go dobrze. A nawet jeśliby widział, niewiele by to zmieniło. Minęło tyle lat.

- Zwiadowca ma wiele zadań. Nie może zaprzątać sobie głowy rodziną czy przyjaciółmi, ponieważ większość czasu spędza poza Marlonem, w dziczy lub w innych królestwach. Dlatego mówią o nas „samotni łucznicy”. Jesteśmy tylko my, nikt więcej. Czy to jasne? - spytał kapitan.
- TAK JEST! - ustawieni w szeregu młodzieńcy odpowiedzieli chórem.
- Jeśli chcesz mieć w przyszłości żonę i dzieci, to nie jest miejsce dla ciebie.
Kilku kadetów zrobiło krok w tył, tym samym rezygnując z dalszego szkolenia.
- Jeśli w Marlonie masz przyjaciół i zamierzasz ich ponownie zobaczyć, to nie jest miejsce dla ciebie.
Paru innych również się wycofało. Tyson miał w głowie tylko jedną myśl: nie mam już nikogo, nie w Marlonie.
- Czy ktoś jeszcze nie pragnie takiego poświęcenia? - tym razem nikt się nie ruszył. - Dobrze. Ostatnia rzecz. Jeśli nie wytrzymasz bez wina i innych trunków, możesz odejść. Zwiadowcy nie tolerują pijaństwa.
Po tych słowach w szeregu pozostało zaledwie kilkunastu z kilkudziesięciu ochotników. Dowódca uśmiechnął się pod nosem. 
- Słabeusze mogą wrócić do domów, reszta za mną.
Poprowadził ich jedną z leśnych ścieżek do znajdującej się wśród drzew strażnicy. Surowa, czarna wieża zbudowana na planie koła budziła dziwny respekt. 
- Zaczynamy szkolenie. - stojący przed jej wejściem brodacz o zimnym spojrzeniu wyjął sztylet, zamachnął się i rzucił nim w bok, uderzając prosto w głowę wiewiórki przebiegającej po drzewie.

- Wróciłeś. - stwierdził w końcu, nie potrafiąc ukryć nuty wściekłości w głosie.

- Zwiadowca musi panować nad emocjami.

Wystarczyło pojawienie się Jego i już zdążył złamać najważniejsze wymogi swojej pracy. Tak jak kiedyś.

Rozejrzał się po spiżarni w poszukiwaniu sproszkowanej kory drzewa, którego nazwy nigdy nie potrafił zapamiętać. Ojciec lubił dodawać ją do chleba, choć robił to bardzo rzadko – taką przyprawę ciężko było uzyskać, toteż należało stosować ją z umiarem i tylko na ważne okazje. Takie jak siódmy ślub lorda Snella.
Wypatrzył pudełko i z wielkim trudem ściągnął je z wysokiej półki. Odwrócił się i zaraz podskoczył zaskoczony. W progu stał nie kto inny jak książę Lequenill. 
- Shane, nie wolno tu wchodzić, nawet tobie. - powiedział z udawaną powagą, choć uśmiech sam cisnął mu się na usta.
- Już nie przesadzaj. - odrzekł rozpromieniony. - Potrzebuję trochę składników...
- Znowu chcesz komuś zanieczyścić powietrze w komnatach?
- Nie. - przygryzł wargę. - Bill mówił mi o mieszance, która może wybuchnąć. Mała eksplozja, ale można kogoś nastraszyć.
- Kogoś konkretnego masz na myśli?
- Jaya oczywiście. Przynajmniej na razie. Na nim świetnie testuje się takie rzeczy. Jeśli to wypali, poszukamy kogoś innego.
- Czekaj, czekaj, powiedziałeś „poszukamy”? W którym momencie się na to zgodziłem?
- Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęliśmy się przyjaźnić. - odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. - I tak wiem, że się zgodzisz. No to słuchaj, potrzebujemy...

- Tyle lat minęło. Myślałem, że cię torturowali, zamordowali, a ty przez ten cały czas żyłeś i masz się dobrze, tak?! Jak mogłeś nie powiedzieć nawet słowa?! Martwiłem się...
- Brakowało mi tych twoich napadów wściekłości. - stwierdził Shane, chowając nóż.
- Napadów?! Ja nie mam żadnych napadów!
- A to teraz to co? - spytał, patrząc na dawnego przyjaciela znacząco. Tyson chciał odpowiedzieć, lecz zamknął usta i nie powiedział nic. Nadal patrzył na niego z irytacją, ale w końcu nie mógł wytrzymać i uśmiechnął się lekko. Podał mu rękę, uścisnęli się.
- Co się z tobą działo przez ten cały czas? - zadał pytanie, które zadawał sobie przez trzydzieści lat.
Shane nie odpowiedział od razu. Ruszył ścieżką, Tyson podążył za nim. Zdziwiło go, że przyjaciel ma taki dobry wzrok – on sam miałby trudność z trzymaniem się dróżki - książę jakby widział w ciemności. Szli w milczeniu, które zaczęło ciążyć Ty'owi.
- Powiesz mi? - nie wytrzymał.
- To nie jest zbyt dobry temat do rozmowy. - oznajmił po chwili. - Wiele się zmieniło, ale nie powiedziałbym, że na lepsze.
Tyson momentalnie zmarkotniał. Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie po latach. Właściwie, to sobie go nie wyobrażał, nie wierzył w taką możliwość, ale na pewno nie mógłby się spodziewać takiego oschłego traktowania. Jakby Shane był kompletnie wyprany z emocji.
- Jestem. - usłyszał.
- Co? - nie zrozumiał.
- Jestem „kompletnie wyprany z emocji” - westchnął.
- Skąd ty...
Mówiłem, wiele się zmieniło. Niekoniecznie na lepsze. Słuchasz mnie?
Tyson z trudem przełknął ślinę. Teraz naprawdę zaczął się bać.
- Rozumiem. - tylko to jedno słowo przeszło, nie bez trudu, przez jego gardło.
- Nie kłam, wiem, że w rzeczywistości nie rozumiesz niczego, ja sam się w tym gubię. Nie mówmy o tym.
- To nie takie proste. Ciągle się zastanawiałem, jak wyglądało by moje życie, gdyby... - nie skończył.
- Czy to ważne? - przerwał mu Shane. - Chyba ważniejsze jest to co było, a nie to, co mogłoby być. I tak tego nie zmienisz.
- To co było. - parsknął śmiechem. - O ile dobrze pamiętam, to dużo tego było.

Obudziło go wyjątkowo natarczywe pukanie do drzwi. Niechętnie zwlókł się z łóżka i przekręcił klucz w zamku. Nie zdążył chwycić klamki, bo Shane sam postanowił sobie otworzyć. Wpadł do pokoju i natychmiast zatrzasnął za sobą. Dyszał ciężko; otarł pot z czoła. Spojrzał na zdezorientowanego Tysona i uśmiechnął się zadziornie. 
- SHANE!!! - wściekł wrzask Clive'a, jednego ze strażników, rozniósł się po całym piętrze. Usłyszeli ciężkie kroki mężczyzny. Pobiegł dalej.
- Coś ty zrobił?
- Nic takiego – odparł, tłumiąc wybuch śmiechu. - Tylko umyłem szaty strażników. - Tyson spojrzał na niego pytająco. - W wodzie. I w malinach. - zsunął się po drzwiach.
- GDZIE JESTEŚ, SMARKACZU?! - Clive w dalszym ciągu usiłował go znaleźć. - NAWET OJCIEC CI NIE POMOŻE!
- Hu, hu, czyżby mi groził? Gdybyś widział ich miny po tym, jak zobaczyli kolor tych swoich płaszczy... Piękny róż. - podsumował.
- Jesteś nienormalny. - stwierdził Tyson.

- Naprawdę byłeś wtedy nienormalny. - powiedział.
- A ty to co?

- Jak zaraz złapię tego niedorostka, to popamięta sobie na zawsze. - wściekał się lord Randall.
- O kim mówisz? - zagadnął ser Justin.
Trwała właśnie uczta szlachty. Shane uwielbiał skrywać się podczas niej pod stołem i podsłuchiwać rozmów osób na niej zgromadzonych.
- O młodym Morrisonie. Rano miał nam przynieść śniadanie. I co zrobił? Zamiast wina wlał nam barwiony tłuszcz, a w chlebie były skrawki czegoś dziwnego, wolę chyba nie wiedzieć, czego. Zapewne dlatego, gdy tylko wszystko rozłożył, odbiegł jakby się paliło. Szukaliśmy go, ale poleciał gdzieś do lasu, nie chciało nam się przeczesywać dziczy. Jak go zobaczę, to mu ręce i nogi powyrywam.
Chłopiec wyślizgnął się spod stołu i popędził w las. Nietrudno było znaleźć dzieciaka o kruczoczarnych włosach do ramion. Siedział na tym samym drzewie, na którym Shane widział go już kiedyś. 
- To ciebie szuka Randall? - zawołał do niego.
- Może.
- Jestem pod wrażeniem. - pokiwał z uznaniem głową. - Niezły pomysł. - Tyson popatrzył na niego nieufnie. - Przecież nikomu nie powiem, gdzie jesteś, złaź.
Tyson zeskoczył na ziemię.
- Jestem... - zaczął Shane.
- Wiem kim jesteś. Księciem. - mruknął czarnowłosy, nadal podejrzliwie. 
- Błagam, nie mów tak. - powiedział lekko zażenowany. - Nienawidzę tego. - wyciągnął dłoń. - Shane.
- Tyson.

- Powiedzmy, że obaj nie byliśmy przeciętnymi dzieciakami.

6 komentarzy:

  1. znowu rozdział, który do cb nie pasuje… Ale podoba mi sie jeszcze bardziej niż poprzedni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ktoś mi raczy wyjaśnić, czemu nie pasuje? O.o

      Usuń
    2. jest w jakimś takim innym stylu niż te na początku ^^

      Usuń
    3. Nadal nie wiem na czym ta inność polega... XDJNBSYH

      Usuń
  2. ten rozdział jest dziwny- to moje pierwsze myśli po tym jak go skończyłam czytać :D Za bardzo przypominają mi się ,,Zwiadowcy" .

    OdpowiedzUsuń