czwartek, 19 marca 2015

I: Know your demons




- Panie – chudy, brązowowłosy giermek skłonił się nisko przed szmaragdowym tronem o srebrnych zdobieniach. - On... On się pojawił, Panie. - chłopak ledwo łapał oddech. - Zwiadowcy Go zauważyli, zbliża się od wschodu.
Siedzący przed nim książę nic nie odpowiedział. Przygryzł zdenerwowany wargę, a dłonie zacisnął na podłokietnikach. Skinął lekko młodzieńcowi, ten ponownie pochylił głowę i wyszedł, zamykając za sobą potężne, złote wrota.
- Jake – usłyszał nieśmiały szept przy swoim uchu. - Jay, nie rób tego.
Starsza kobieta patrzyła na niego błagalnie. Złapała go kurczowo za ramię, jakby to mogło go powstrzymać.
- Matko – zwrócił się do niej siląc się na delikatny, smutny uśmiech. Jej jeszcze niedawno gładka twarz zaczęła pokrywać się zmarszczkami, a włosy traciły swój żywy, jasny kolor. Nie była stara, ale to, co działo się w jej otoczeniu nie sprzyjało wyglądowi kobiety. Mąż, mimo niezbyt podeszłego wieku zapadł w głęboki sen, z którego prawdopodobnie miał się już nie obudzić.
 Jego spokojny głos sprawił, że uścisk stał się lżejszy. - Wiesz, że muszę być z naszymi poddanymi. - kontynuował po chwili.
- Rozumiem. - odparła szybko. Następne słowa wypowiedziała z niepokojem, strachem. - Ale jeszcze nikt go nie pokonał. Ojciec niebawem umrze, nie mogę stracić też ciebie! Tylko ty mi zostałeś. - dodała ciszej.
- Matko...
- Bez władcy nasze królestwo upadnie! - podniosła głos, łudząc się że to coś zmieni.
- W takim razie nie mogą mnie zabić. - rzekł pewnie. Uśmiechnął się, wiedząc, że w ten sposób uda mu się ją przekonać.
Lady Camille puściła go zrezygnowana i patrzyła jak wychodzi z sali tronowej. Podeszła do okna i, po chwili wahania, wyjrzała za nie. Tocząca się na zewnątrz bitwa napawała ją przerażeniem, jak wszystko, co niosło śmierć.
Armia Runarrów, zwanych Złodziejami Świtu, zaatakowała właśnie o brzasku. Niewiele różnili się od innych ras, lecz ich skóra była brązowa, a większość z nich miała na ciele wytatuowane symbole z ich ojczystego języka, mimo że używali go bardzo rzadko, komunikując się w mowie powszechnej.
Robiło się już ciemno, lecz walka trwała nadal; żołnierze Marlonu dzielnie bronili się przed najeźdźcami, niestety tych wciąż przybywało. Królowa miała nadzieję, że batalia się skończy, nim pojawi się On.
Wszystkie pomniejsze królestwa nigdy nie były sobie zbyt przyjazne, ale nie okazywały też wzajemnej wrogości. Jednak przywódca Runarrów, Forred I, zapragnął większej władzy. Wysyłał wojska na inne królestwa, a razem z nimi Tego, którego wszyscy się obawiali. Nikt nie wiedział kim jest, skąd tak naprawdę pochodzi. Jego umiejętności nie wskazywały na żaden ze znanych gatunków.
Czarny Zabójca.

***

Jechał na Płomieniu, rumaku, który jeszcze rok temu należał do Ojca. Mijał wielu martwych, zarówno swoich, jak i wrogów. Starał się omijać największe skupiska walczących; natknął się na dwóch swoich rycerzy otoczonych przez przynajmniej dziesięciu przeciwników. Runarrzy powoli zbliżali się do bezbronnych mężczyzn, którzy już żegnali się z życiem. Najeźdźcy, zobaczywszy księcia zostawili tamtych i ruszyli w jego kierunku. Trzech pierwszych padło od jednego sprawnego cięcia zadanego póltoraręcznym mieczem. Ponieważ oprawcy nie mieli zbyt wytrzymałych zbroi, ostrze weszło w nich jak w masło. Kolejni byli ostrożniejsi, jednak zapomnieli o Marlończykach stojących za nimi. Ci wyrwali miecze tym stojącym z tyłu, a książę zamachnął się na pozostałych. Wspólnie zabili gromadkę wrogów. Righo i Huller, bo tak nazywali się rycerze, spojrzeli z wdzięcznością na wybawcę. On uśmiechnął się lekko i ruszył na wschód, po drodze pozbawiając życia jeszcze kilkunastu przeciwników.

Zatrzymał się na brzegu Kręgu Światła, niegdyś miejscu, w którym łączyły się granice wszystkich Królestw, teraz niemal zapomnianym. Wykonany z marmuru, z wierzchu pokryty złotem, niedawno skradzionym przez nieznanych złodziei, nie wyglądał jak symbol pokoju.
Zeskoczył z czarnego jak smoła konia i stanął, w pełnej, srebrnej zbroi, z powiewającym z tyłu czerwonym płaszczem z białym feniksem, herbem rodu. Wyjął z pochwy miecz Ojca i ścisnął go mocno w dłoniach.
Z przeciwnej strony nadjeżdżał On; na czarnym zwierzęciu o jasnoszarych pręgach, podobnym do tygrysa, ale większym i z pewnością groźniejszym. Stworzenie zatrzymało się kilka metrów przed Kręgiem, a jeździec zsunął się z jego grzbietu i powoli ruszył przed siebie.
- Kimże jesteś? - szepnął przeszywającym głosem, od którego Marlończykowi zatrzęsły się ręce. Ubrany był cały na czarno, nawet twarz przesłaniała mu czarna chusta. Na odsłoniętych przedramionach znajdowały się przedrękawia – i były jedynym fragmentem zbroi, jaki posiadał. Jego broń stanowił tylko zakrzywiony sztylet, ostrze Lumhalitów. Przeklęta broń. Nikt, kto troszczy się o swoją duszę, nie śmiałby go dotknąć.
Zatrzymał się, obserwując uważnie rywala.
Brązowe, świdrujące, wręcz dzikie oczy na ułamek sekundy zetknęły się z łagodnymi i błękitnymi.
- Jestem książę Jake James Lequenill, dziedzic Marlonu. - rzekł w końcu, powstrzymując chęć ucieczki.
- Członek rodziny królewskiej, hmm? Dosyć niefortunne dla ciebie spotkanie, księciuniu. - odparł kpiąco - Chcesz się ze mną mierzyć? - zadał pytanie z nutą sarkazmu w głosie - Mówią, że jestem Władcą Cieni. Synem Runarrii. Czarnym Zabójcą. Nie lękasz się? - jego chłodny ton odebrał mu niemal całą odwagę. - A może chcesz udowodnić swym ludziom, że jesteś godny bycia królem?
Jake zadrżał.
- Albo... - kontynuował Zabójca, z satysfakcją obserwując niepewność przeciwnika. - … Chcesz udowodnić to samemu sobie? Czujesz, że to nie ty powinieneś zasiadać na tronie, prawda? Nie możesz się ze mną nie zgodzić.
- Zamknij się! - krzyknął i rzucił się na niego.
Ten zablokował jego cios ręką i pchnął Marlończyka mocno w tył, Jake ledwo ustał na nogach. Władca Cieni prychnął i schował sztylet za pas.
Schował broń. Zignorował mnie, pomyślał książę. Na to nie mógł pozwolić. Nikt nie będzie obrażał przyszłego króla Marlonu.
Ponownie skoczył na tamtego, zamachując się mieczem. Zabójca jednak błyskawicznie schylił się przed klingą, złapał Jake'a za nogę i gwałtownie pociągnął. Broń wyleciała mu z ręki, stracił równowagę; leżał teraz na plecach, ciężko dysząc. Kręciło mu się w głowie i walczył ze sobą, żeby nie zemdleć.
Zabójca wziął jego miecz i stanął nad nim.
- Jesteś waleczny. - powiedział chłodno. - Ale to była krótka zabawa. - dotknął końcówką ostrza napierśnika leżącego – Zechciej ukazać mi swą twarz, książę.
Jake posłusznie ściągnął hełm i odrzucił go na bok.
Po chwili, która wydawała się wiecznością, zdarzyło się coś niespodziewanego. Jego przeciwnik napiął wszystkie mięśnie, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył i opadł na kolana.
Książę resztkami sił podniósł się, czując rozrywający ból w czaszce, i chwycił miecz, który znowu znalazł się na ziemi. Wycelował w szyję i już miał zadać śmiertelny cios, gdy usłyszał:
- Nie zabijaj mnie. Proszę. - roztrzęsiony głos zupełnie nie pasował do tego mężczyzny.
W jego oczach ujrzał coś dziwnego, jakby złagodniały. Nie należały już do tego samego człowieka, którego chwilę temu miał przed sobą. To nie był wzrok mordercy.
Naszła go dziwna myśl. Już go kiedyś widział. Gdzie? Kiedy? Nie miał pojęcia. Ale znał to spojrzenie.
Zerwał mu z twarzy chustę. Zabójca pochylił głowę. Jake nie mógł dojrzeć nic poza ciemną czupryną, przesunął więc klingę pod jego brodę i uniósł ją powoli.
Wyglądał jak Marlończyk. Jego skóra miała taki sam, kremowy kolor; jedynie włosy były krótkie, w przeciwieństwie do długich, należących do Jake'a i jego poddanych.
Widział, że tamten unika jego wzroku.
- Spójrz na mnie – krzyknął książę odczuwając coraz boleśniej skutki upadku.

I w tym momencie poczuł, że nie może oddychać. Jego miecz po raz kolejny upadł na marmur, a on wiedział, że mdleje.
- Shane... - zdążył wyszeptać, po czym padł nieprzytomny.

3 komentarze: