Zmusił się, by przejść przez wąskie, ciemne korytarze do końca.
Strażnik otworzył celę po lewej stronie, a on, udając brak zawahania wszedł do środka.
W niewielkim karcerze poczuł się odrobinę lepiej. Nie było tu sieci.
Stał przy oknie, tyłem do niego, spoglądając na dziedziniec; jego dłonie skuto pod sufitem. Wydawał się spokojny, nawet nie drgnął, gdy Jake wszedł.
Książę starał się zachować opanowanie, ale spotkanie z nim nie mogło być łatwe. Zajął miejsce na jednym z krzeseł stojących pod ścianą. Nakazał strażnikowi rozkuć kajdanki.
Gdy został uwolniony, nadal nie reagował na obecność księcia. Roztarł nadgarstki, dalej patrząc przez zakratkowany otwór na zewnątrz.
- Siadaj. - nakazał Jake, On jednak nie poruszył się.
Nie przejął się tym i zaczął rozwijać płótno, które wniósł nadzorca lochów. Zawinięto w nie rzeczy Shane'a.
Na wierzchu spoczywał jego płaszcz i chusta, Jake rzucił je w kąt i spojrzał na brata. Dopiero teraz zobaczył, że jego ramiona są pokryte tatuażami; kolejne kryły się na szyi i plecach. Część z nich była wzorami z dawnego języka powszechnego, pozostałych nigdy nie widział.
Pozostałe rzeczy z pakunku też nie były zbyt interesujące... Poza jedną.
Gdy Jake chwycił łańcuszek, Shane wstrzymał oddech.
- Nie dotykaj tego. - mruknął, nie odwracając się.
Książę, zaintrygowany, zbliżył palec do wiszącego srebrnego kamienia z wyrytymi symbolami. Gdy dzieliło go od niego parę milimetrów, poczuł dziwne mrowienie. W tej samej chwili Shane drgnął. Jake spojrzał zdziwiony na brata, ten w końcu się odwrócił. Teraz mógł się mu przyjrzeć lepiej. Byli podobnego wzrostu, jednak starszy był lepiej zbudowany, a jego twarz pokrywał lekki zarost. Rysy miał wyraźniej zaznaczone, przypominał Ojca, jednak wyglądał bardziej złowrogo.
Jake rzucił mu łańcuszek, a on szybko go założył i schował pod ubraniem.
- Co to jest? - spytał młodszy.
- Nie powinno cię to interesować. - ponownie użył swojego mrocznego głosu.
- Powiedz, albo...
- Nie będziesz mi groził – rzekł stanowczo. - Nie będziesz mną rządził. Dla mnie nadal jesteś maminsynkiem, sikającym w portki kiedy ktoś go od niej oddzieli.
- Przestań! - wrzasnął Jake, uderzając pięścią w stół. - Czemu to robisz?! Jesteś oschły, wręcz zimny! - po chwili dodał spokojniej: - Przy naszym wczorajszym spotkaniu nie byłeś taki. Przynajmniej przez chwilę.
Czekał na jego reakcję, jednak nic się nie wydarzyło. Shane nadal patrzył na niego dzikim wzrokiem.
- Jesteśmy braćmi. - oznajmił Jake. - Czy ci się to podoba czy nie. I niezależnie od tego, co o tym sądzisz, zamierzam cię stąd wypuścić i włączyć w życie dworu.
- Mam powtórzyć? - usłyszał w odpowiedzi - Nie będziesz mną rządził. To nie twoja sprawa kim jestem, a tym bardziej to, czego chcę a czego nie.
Nie wiedział, czy powinien drążyć temat, czy zostawić go tu i wrócić za jakiś czas. Wyraźnie widział, że nie jest skłonny do rozmowy. Ale musiał się w końcu dowiedzieć...
- Co się z tobą działo przez ten cały czas?! Myśleliśmy, że On cię zabił. I tu nagle, po trzydziestu latach, pojawiasz się w Marlonie. Jako Jego najgroźniejsza broń. Psiakrew, Shane, o co w tym wszystkim chodzi?!
- Nie wiem. - Jake ledwo usłyszał szept starszego brata.
- Jak to, NIE WIESZ?!
- To dla mnie jest trudniejsze niż dla kogokolwiek z was, rozumiesz? Nie wiem, po prostu... - mimo słów, jakie wypowiadał, głos mu się nie załamał. - ...nie wiem. - zamilkł, nadal jednak patrzył młodszemu w oczy.
Książę niepewnie wstał i podszedł do niego. Nie miał pojęcia, dlaczego to robi, ale czuł, że to jedyna słuszna rzecz, na jaką go stać w tym momencie. Położył mu dłoń na ramieniu i uścisnął. Shane tylko parsknął; Jake postanowił nie wyciągać z niego niczego, jeśli On nie jest na to gotowy.
To było dziwne uczucie. Czarny Zabójca, którego boją się wszystkie ludy Terraurustu stoi ze swoim młodszym bratem w więzieniu Marlonu i... łagodnieje.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - powiedział cicho starszy. Jake skinął głową, uśmiechając się lekko. Shane zrzucił jego rękę ze swojego ramienia i odsunął się w kąt pomieszczenia.
- Nie rób tak. - rzekł ostrzej niż zamierzał.
- Czemu? - książę nie był pewien, o co mu dokładnie chodziło.
- Bo nie. Po prostu. - westchnął. - Nie powinienem ci mówić, ale nie widzę lepszego rozwiązania. Wtedy, kiedy mnie zabrali... Szczerze mówiąc, prawie nic nie pamiętam. Tylko jakieś bezsensowne urywki. Wiem tyle, że nie było tam tak źle. Przynajmniej do czasu. Wiem, że cierpiałem, ale już tego nie pamiętam.
- To chyba dobrze. - wtrącił.
- Nie zrozumiałeś. Pamiętam, że cierpiałem, pamiętam w jaki sposób, ale nie jak to było.
- Że co? - spytał zdumiony - Chyba nie łapię.
- Dobra, powiem prosto z mostu. Nic nie czuję. Zupełnie. Bólu. Złości. Szczęścia. Miłości. Nic. Nie wiem co to było, jak się spotkaliśmy, co się ze mną stało, ale to nie było normalne. Więc nie wymagaj ode mnie okazywania uczuć, bo to po prostu niemożliwe.
Jake'owi zaczęły drżeć ręce. Tego się nie spodziewał. Ciężko było sobie coś takiego wyobrazić. Przeanalizował ostatnie słowa brata jeszcze kilka razy.
- Ale... To znaczy że... - nie był pewien, co chciał powiedzieć. - Zaraz, chwila. To skąd wiesz, kto jest dla ciebie dobry a kto zły? Komu możesz ufać, a kogo się bać? I kto jest obcy, a kto jest rodziną...? - wiedział, że nie powinien dociekać; samo to, że On odważył się o tym powiedzieć musiało być dla niego trudne; jednak musiał poznać prawdę. Musiał zrozumieć, czemu taki jest.
- Nie będę ci mówił o sobie wszystkiego, czego chcesz wiedzieć, ale... - jego głos stawał się coraz bardziej ludzki. - Wiedziałem, że cię znam, chociaż zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Kiedy się przedstawiłeś, coś zaczęło do mnie docierać. A potem myślałem, że mnie zabijesz. Chyba się przestraszyłem.
- Niepotrzebnie. - mruknął, spuszczając wzrok - Nie dałbym rady tego zrobić. Miałeś rację. Ja nie powinienem być królem. Tobie to było przeznaczone, od samego początku. Ja to tylko twój młodszy brat. Ty powinieneś...
- Zamknij się już. - rzekł groźnie - Zostaniesz królem i będziesz lepszy niż którykolwiek z twoich poprzedników. Po prostu jesteś dobrym człowiekiem. Będziesz rządził sprawiedliwie, będziesz potrafił rozwikłać spory, bo jesteś pokojowym człowiekiem. A ja? - zaśmiał się gorzko. Było to tak dziwne, że Jake'a zatkało. Jego śmiech brzmiał przerażająco. Był połączeniem głosu ludzkiego i warczenia jakiejś dzikiej bestii. - Nie nadaję się do takich rzeczy. Dla mnie najprostsze rozwiązanie to po prostu kogoś zabić. Tak mnie wychowali i taki już jestem.
- Wierzę, że taki nie jesteś. - odezwał się w końcu, gdy szok ustąpił miejsca współczuciu. Naprawdę było mu go żal. Pomyślał, że gdyby Ojciec byłby mądrzejszy, wysłałby kogoś, żeby Go odbić. Darion jednak nawet nie wspomniał o swoim starszym synu po tym, jak Go porwali. Gdy matka płakała kazał jej się zamknąć, a kiedy Jake zapytał o brata w odpowiedzi dostawał wrzaski rodzica. Wszystko się wtedy zmieniło, na miesiąc ucichły śmiechy, a przeróżne zabawy były odwoływane. Potem udawano, że nic się nie stało, ale po każdym kto był w bliższych kontaktach z Shane'm było widać rozgoryczenie.
Jednak najgorzej nie przeżyła tego rodzina królewska czy wysoko urodzeni dworzanie, lecz syn kucharza. Tyson już nie chciał innych przyjaciół, gdy tylko osiągnął piętnaście lat wstąpił do szkoły rycerskiej i został samotnym łucznikiem – jednym z najlepszych, jakich miało wojsko Marlonu. Rzadko bywał w królestwie, większość czasu spędzał na patrolach. Jake miał nadzieję, że już niedługo wróci, bo ponowne spotkanie Shane'a z pewnością podniosłoby go na duchu.
- Nie będziesz tutaj siedział. - oznajmił w końcu Jake. - Jesteś wolny. Dostaniesz własne komnaty, przyślę ci też służącą. Nie chcę słyszeć sprzeciwu. - mówił, ignorując brata, który chciał mu przerwać. - Wróciłeś do domu i już tu zostaniesz. Rozumiesz?
Mierząc go wzrokiem, Shane skinął głową. Pozbierał swoje rzeczy i ruszył za Jake'iem, który z ulgą wypisaną na twarzy opuścił lochy.
Kiedy stanęli na dziedzińcu, wszystkie twarze zwróciły się w ich stronę. Cisza jaka nastała sprawiła, że książę nie poczuł się zbyt pewnie. Próbując ignorować nieprzychylny wzrok poddanych przeszedł przez podwórze do głównych wrót zamku. Zerknął w tył.
Shane wciąż stał przy wejściu do lochów. Nie dlatego, że ogarnęła go niepewność, lecz ciekawość. Przyglądał się z zainteresowaniem Marlończykom, a ci szybko odwracali wzrok, gapiąc się na bruk albo w niebo. Ci, którzy dalej patrzyli na przybysza, zaczęli powoli się do niego zbliżać. On nadal stał spokojnie, opierając się o jeden z filarów. Książę chciał zainterweniować, jednak napotkał wzrok Shane'a. Jego opanowanie spowodowało, że został na miejscu i czekał na rozwój wypadków.
Kiedy stanęli już dość blisko, jeden z nich – kowal imieniem Hugo - odezwał się zdenerwowany.
- Nie powinno cię tu być. Uciekaj do swojej jaskini, potworze z Runarii.
Inni zawtórowali mężczyźnie, przekrzykując się w obelgach. Widząc, że na Shane'ie nie robi to żadnego wrażenia, zbliżyli się bardziej i zaczęli wrzeszczeć głośniej; On nadal pozostawał obojętny. Do momentu kiedy Hugo chwycił go za ramię.
W tej chwili spojrzał mu głęboko w oczy i szepnął coś tak, że tylko rzemieślnik to usłyszał. Pozostali zaczęli się wycofywać, widząc przerażenie na twarzy kowala. Shane mruknął mu coś jeszcze, a Hugo go puścił i szybko się oddalił, nie patrząc za siebie.
- Widzisz, nie zaakceptują mnie. - rzekł spokojnie, kiedy szli korytarzem.
- Gdybyś ich nie zaatakował, może daliby ci szansę. - westchnął.
- Akurat to oni zaczęli.
- To nie usprawiedliwia tego co zrobiłeś. - powiedział ostro. - Właściwie, co to było?
- Nie bądź taki ciekawski. Nie dowiesz się. To było tylko ostrzeżenie – podkreślił ostatnie słowo. - Żeby mi nie zachodzili za skórę.
- Nie chcesz mieć z nimi przyjaznych stosunków?
- Spójrzmy prawdzie w oczy, braciszku. - rzekł, zatrzymując się. - Prawdopodobnie nigdy nie uda mi się z nimi dogadać. Przyjaźń nie jest dla mnie, mam na to za płytkie serce. A jedynym moim towarzyszem będę ja sam. Skoro tak bardzo chcesz mnie tu zatrzymać, nie wtrącaj się w moje życie i pozwól robić to, co chcę robić.
Jake pokiwał głową i uśmiechnął się lekko. Ruszył przed siebie, a brat od razu do niego dołączył. Stanęli przed rzeźbionymi, dębowymi drzwiami.
- To będzie twoja sypialnia, będziesz miał stąd przejście do innych twoich komnat, na przykład samotni. Ty również jesteś księciem, więc masz prawo sprowadzać do siebie dworzan, a także ich wypraszać. Za chwilę przydzielę ci jakąś służącą, będzie na każde twoje zawołanie, zatem nie musisz się o nic martwić – ona wszystko załatwi. Razem z matką jadam posiłki w jadalni, przy sali tronowej. Jeśli zechcesz, możesz do nas dołączyć lub zjeść samotnie, tutaj. - odetchnął głęboko. - To chyba tyle. Pamiętaj, że nie jesteś tu sam. - po tych słowach odszedł pewnie do swoich pokoi.
- Chyba jednak jestem sam. - mruknął Shane, otwierając drzwi.
"kurde" i "cholera" ... no, przyznam, że nie pasuje mi to do ogólnego klimatu :O
OdpowiedzUsuńwymyśl jakieś "własne" przekleństwa :P