A co się będę... Macie, a co. Kompletnie zmieniłam plan tego rozdziału, został tylko jeden z trzech punktów który miałam tu zrealizować, reszta w następnym... o ile będzie...
Jest w ogóle sens żebym to pisała? Bo jakoś tak... no nie wiem... sami powiedzcie.
Song: "Hopeless Wanderer" ~ Mumford & Sons
Jest w ogóle sens żebym to pisała? Bo jakoś tak... no nie wiem... sami powiedzcie.
Song: "Hopeless Wanderer" ~ Mumford & Sons
Siedziała na balkonie i z rosnącym niepokojem patrzyła na zachód.
Na początku to był tylko jeden, dziwnie wyglądający mężczyzna, ale za nim pojawiło się ich znacznie więcej. Jechali na dziwnych stworzeniach, większych niż konie i o wiele bardziej tęgich. Wyglądali przerażająco.
Nosili skóry różnych zwierząt, włosy były skołtunione, dziwnie splecione lub nie było ich wcale, a szare twarze pokrywały głębokie bruzdy i zadrapania.
Jake wyjechał im na spotkanie, razem z kilkoma żołnierzami, służącymi jako eskorta. Zatrzymali się kilka metrów od Jaskiniowców.
- Mężny i waleczny ludu Sabii! - zawołał książę. - Jestem Jake Lequenill i mam zaszczyt powitać was w Marlonie, którego jestem dziedzicem. Mam nadzieję, że wspomożecie naszą sprawę i dołączycie do walki.
- Dziękujemy, królewiczu. - wycharczał jeden z nich, opluwając sobie przy tym brodę. - Po to tu jesteśmy, trzeba zrobić porządek z Rrrarrami.
- Jesteśmy zaszczyceni mogąc was gościć, zapraszamy do zamku, do swojej dyspozycji otrzymacie całą nową strażnicę, niebawem zostanie podany posiłek, liczę, że wasi przedstawiciele zechcą spożyć go ze mną, potem porozmawiamy o wojnie.
Dowódca Keilor zawrócił swojego konia i poprowadził cały orszak z powrotem.
Gdy zaczęli zapełniać dziedziniec, szybko zbiegła z piętra i skryła się za filarem, ze zdenerwowaniem obserwując Jaskiniowców i szukając wzrokiem księcia.
Zauważywszy go, szybko przemknęła wśród kotłujących się na placu ludzi i stanęła obok niego.
- Chciałeś ze mną rozmawiać? - zagadnęła. Zaskoczony początkowo nie wiedział, skąd dochodzi pytanie, w końcu ujrzał blondynkę i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Tak, dobrze że tu jesteś, nie muszę cię szukać. Nie robił problemów? - spytał ściszając głos.
- Nie. Przyniosłam mu kilka książek, o które prosił i powiedział, że mam wolne. Wiesz, że on rzadko kiedy czegoś ode mnie chce.
- W takim razie zapraszam. - wskazał ręką wyjście poza teren zamku. Dziedziniec się przerzedził, więc swobodnie mogli przejść.
Ruszyli piaszczystą ścieżką, kierując się do zagajnika przy lesie. Tam usiedli na dwóch pniakach.
- Zamierzasz ze mną porozmawiać? - spytała, gdy przez kilka minut się nie odzywał.
- Wiem, że to twoja praca, sam ci ją dałem, ale powinnaś unikać Shane'a. - powiedział jednych tchem. - Jest niebezpieczny, nawet jeśli się taki nie wydaje. - ciągnął, nie chcąc dopuścić kobiety do głosu. - Rozmawiałem z Garrickiem Summerem i wiem o czym mówię.
- Poczekaj. - przerwała mu. - Po pierwsze, skoro jestem jego służącą i nadal żyję to chyba nie mam się czego obawiać, i po drugie, czy ty jesteś uprzedzony? Wcześniej jakoś nie przeszkadzało ci to kim jest, a teraz nagle mówisz zupełnie coś innego.
- Summer mi powiedział coś bardzo ważnego. - westchnął i postanowił opowiedzieć Katherine o tym, czego się dowiedział. Wyraz twarzy blondynki zmieniał się niemal po każdym wypowiedzianym przez niego zdaniu, od zdumienia, przez strach po wściekłość. - Poza tym mogą się zdarzyć sytuacje, podczas których nie będzie potrafił tego kontrolować. - zakończył monolog i pogrążyli się w ciszy przerywanej jedynie przez szelest liści na wietrze.
- Zamierzasz ze mną porozmawiać? - spytał zaniepokojony jej długim milczeniem. Jeszcze przed chwilą to ona go o to pytała.
- Na pewno nie na ten temat. Muszę... to przemyśleć. Ale skorzystam z okazji, że masz dla mnie kilka minut. - odebrał to jako wyraz niezadowolenia.
Miała rację, kiedyś poświęcał jej przynajmniej godzinę dziennie, była jego przyjaciółką, tylko z nią mógł szczerze o wszystkim porozmawiać. Od momentu, kiedy rozpoczęli wojnę, poważnie ją zaniedbywał. Pojawił się Shane i przez jakiś czas udawało mu się z nią widywać, ale teraz przyszły kolejne obowiązki, kolejne spotkania z sojusznikami, kolejne bitwy...
- W każdym razie chodzi mi o Jaskiniowców. Dlaczego ich sprowadziłeś?
- Pomogą nam.
- Pomógłby każdy inny lud, poza tym zakwaterowałeś ich niedaleko mojego pokoju, a doskonale wiesz, że się ich boję, zresztą jak każda szanująca się kobieta.
Domyślał się, iż chodziło jej o plotki, mówiące o Jaskiniowcach, którzy porywają panie i każą im zamieszkać u siebie, wykorzystują do wszystkiego, nie dając niczego. Co prawda nie wiedział, czy były prawdziwie, ale z pewnością wywoływały trwogę wśród wielu ludzi.
- Przepraszam. - mruknął, choć mimo wszystko nie czuł się winny. - Jestem pewien, że nie będą ci przeszkadzali, to moi goście, zgodzili się na moje przywództwo i jeśli zakażę im się do ciebie zbliżać, nie zrobią tego. Obiecuję, że żaden z nich cię nawet nie tknie.
***
- Myśl, do cholery! - wrzasnął wściekły Summer. - Czyj to język?! Znasz go, więc wystarczy żebyś poszukał w głowie i masz gotową kolejną część!
Siedział naprzeciwko Jägare i starał się zmusić go do podróży umysłu. Wiedział, że to skomplikowany proces i dość bolesny, ale Lequenill i tak prawie nic by nie poczuł. Sam nie zamierzał szukać, to tylko by go osłabiło i niewiele przyniosło, ponieważ to On musi odnaleźć te znaki.
Shane po raz kolejny zamknął oczy i rozpoczął wędrówkę w pamięci, usiłując odnaleźć tam chociaż jeden znak wyglądający tak samo jak to, co wyrysowano na spoczywającym na stole pergaminie. Kolejne miejsca nie dawały oczekiwanego skutku, chciał się poddać uznając, że mu się nie uda, gdy natrafił na krótki przebłysk. Skoncentrował się na symbolu, myślał o nim intensywnie i... znalazł. Otworzył oczy.
- Pustelnik z Kobaltowej Góry. - wycedził. - Dwadzieścia dwa lata temu.
- Bardzo dobrze. - pokiwał głową z uznaniem. - Teraz... Musisz włamać mu się do umysłu. Pamiętaj czego cię uczyłem.
- To się nie uda.
- Nie zwracaj na To uwagi.
- Przejmie kontrolę.
Garrick zastanowił się.
- Nie przejmie. - mruknął. Złączył ze sobą dłonie, wyszeptał krótką formułę i zaczął formować pojawiającą się przy jego skórze wodę w sznur. Rozciągnął go, by nadawał się do obwiązania, nie zapominając o odpowiedniej grubości. Nakazał Lequenillowi położyć ręce na podłokietnikach i przywiązał je mocno, to samo uczynił z jego nogami, mocując je do nóg krzesła. - Teraz nie musisz się obawiać. - powiedział, skończywszy unieruchamiać Marlończyka. - Zaczynaj.
Podróż umysłu była niezwykle trudna. Oznaczała czytanie w myślach osoby znajdującej się poza zasięgiem wzroku – im dalej była, tym trudniej było to zrobić.
Shane ponownie zamknął oczy. Chwilę siedział spokojnie, lecz zaraz zaczęły wstrząsać nim dreszcze. Niezmordowanie przemieszczał się dalej.
Widział w głowie pokój, w którym się znajdowali, korytarz, schody, dziedziniec i las. Wyszedł na dwór.
Kolejny spazm przebiegł jego ciało.
Ruszył powoli polem, na wschód. Widział przed sobą barierę, pojawiającą się w odległości mili od podróżnika. Zbliżył się do przezroczystej ściany i położył na niej dłonie. Gdyby mógł, odczułby ból, przez który wielu straciłoby zmysły. Przycisnął ręce mocniej, siła mięśni spadała.
Zobaczywszy swoje dłonie po drugiej stronie, kolejny raz się wzdrygnął. Napierał dalej i już po chwili znalazł się za ścianą. Odetchnął głęboko, spojrzał przed siebie i rzucił się pędem do przodu. Po przekroczeniu niewidzialnego muru mógł poruszać się znacznie swobodniej, osiągał prędkość o wiele wyższą niż ta, z jaką biegłby w rzeczywistości. Jednym krokiem przebywał pół mili, więc szybko udało mu się dotrzeć w okolice chatki Pustelnika. Tam było już gorzej. Kolejna bariera, tym razem trudniejsza.
Przez ściany swojego umysłu ciężko się przebić, ale prawdziwą sztuką jest dostanie się do wnętrza cudzej głowy, szczególnie wtedy, kiedy ta osoba tego nie chce.
Pchał, ale zapora ani drgnęła. Uderzył z całej siły pięścią w jej powierzchnie, zero reakcji. Wiedział, że w ten sposób nie da rady. Odetchnął głęboko i częścią swojej świadomości powrócił do swego ciała.
- Sam nie dam rady. - cichy głos dotarł do Summera, bacznie przyglądającego się Shane'owi.
- Chyba cię utrzymam. - Marlończyk usłyszał stłumioną odpowiedź.
Jeszcze raz wciągnął powietrze i całkowicie się rozluźnił.
Zacisnął powieki. Stracił oddech, padł na ziemię, rzucało nim w każdą stronę. Szumiało w uszach, nie mógł się samowolnie poruszyć. Czuł smak krwi, swojej krwi, w ustach. Jego oczy się otworzyły, jednak nie były już takie same. Płonęły. Źrenice się zwężyły, a tęczówki przybrały niejednolity kolor ognia. Teraz widział znacznie więcej.
Było dokładnie tak samo jak za pierwszym, i każdym następnym, razem.
Bariera pod naporem siły Bestii runęła, przekroczył granicę i z łatwością zapanował nad umysłem starca, który nie miał już siły walczyć.
Znalazł.
- Jägare, zabieram cię. - obcy głos brzmiący znajomo. Podejrzane. Bestia spojrzała na znak przed sobą. Czym był?
Wyczuł przerażenie. Natychmiast podążył w tym kierunku, widział go, widział wyraźnie skulonego człowieczka, czuł jego zapach, zapach strachu, dopadnie go, rozszarpie, zniszczy...
- Żyjesz? - spytał Garrick, bacznie przyglądając się Shane'owi.
- Tak. - odpowiedział kaszląc. Summer ostrożnie ściągnął wodne łańcuchy.
- Znalazłeś znak?
- Podaj mi ten pergamin.
***
Było już ciemno. Jake musiał wrócić, ale ona mogła spędzić na łonie natury jeszcze chwilę i skorzystała z tej okazji. Powietrze było cudowne, lekko wilgotne, świeże.
Jednak mimo wszystko, najwyższa pora na udanie się do zamku. Żałowała, że musi opuścić śliczny zagajnik, lecz nie chciała nocować na dziedzińcu, a prawdopodobnie byłaby do tego zmuszona, gdyby została jeszcze trochę. Opuściła lasek i ruszyła szybkim krokiem ku ledwo widocznym wieżom. Prędko dotarła, przeszła plac, schody, pierwszy korytarz...
Poczuła szarpnięcie w tył i rękę zakrywającą usta. Próbowała się wyrwać.
Zastygła gdy ujrzała twarz napastnika. Jaskiniowiec.
- Będziesz moja. - wycharczał i wyszczerzył swoje krzywe, pożółkłe zęby.
Jedną dłonią cały czas uniemożliwiał jej krzyk, drugą chwycił za włosy i pociągnął w kierunku wyjścia z zamku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz