sobota, 2 stycznia 2016

XVI: They say the end is coming sooner, but the end's already here

Dostałam niespodziewanego kopa (nie cieszcie się za bardzo, jest raczej jednorazowy) i napisałam TO. A czy dobre czy nie, to zostawiam wam, bo mi się nic mojego w 100% nie podoba. A co do powodu „kopa” to chodzi o coś, co tylko Ruda ogarnie. Tak, tak, Julcia, to coś na literę H <3


- Słucham?! Jak to, uciekli?! Nie uwierzę, że sami się stąd wydostali, ktoś musiał nas zdradzić! - książę wydzierał się na stojących przed nim strażników, ledwie udawało mu się usiedzieć na tronie, choć wyglądał, jakby zaraz miał się rzucić na swoich podwładnych.
- Panie, ale... - zaczął jeden z nich.
- Wasze tłumaczenie mnie nie interesuje. - burknął Jake, odwracając wzrok od mężczyzn, by nie widzieli strachu w jego oczach. - Odejść.
Marlończycy niepewnie skłonili się i czym prędzej wyszli. Jego uszu doszły pojedyncze słowa „oszalał”, „tchórz”, „głupiec”. Mógłby ich za to wtrącić do lochu. Jednak wiedział, że mają rację.
Lequenill wstał i zaczął chodzić dookoła tronu; myślał gorączkowo, co może zrobić, by jakoś udobruchać Garricka Summera – Wyspiarz na pewno się wścieknie, w końcu to on zarządził areszt dla Katherine i jej syna. Co może mu dać w zamian? Nie ma nic, co mogłoby zainteresować starca. A potrzebował go bardziej niż któregokolwiek ze swoich lordów.
Drzwi od sali tronowej się uchyliły, wbiegł przez nie kilkunastoletni chłopiec. Pochylił głowę i, nie patrząc na Jake'a powiedział:
- Garrick Summer prosi o audiencję. N-nalega by odbyła się ona w tej chwili.
- Niech wejdzie. - westchnął Lequenill. „Przyszedł jak na zawołanie.”, pomyślał. „I co ja mu powiem?”.
Twarz starca jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Spokojnym krokiem podszedł do Jake'a i zaczął się w niego wpatrywać. Książę próbował utrzymywać kontakt wzrokowy, ale nie był w stanie wytrzymać ciężaru spojrzenia mężczyzny.
- Nie wiem jak do tego doszło. - powiedział w końcu głośno, nie mogąc znieść ciszy.
- Co nie zmienia faktu, że stało się to w Twoim zamku i raczej powinieneś wiedzieć. - odparł Summer beznamiętnie.
- Przykro mi, nie mam pojęcia jak uciekli! - podniósł głos. - Czego ode mnie zażądasz, w zamian za to że do tego dopuściłem? - cały drżał. Bał się, że Wyspiarz go zaatakuje, bądź zerwie sojusz.
- Na Starego Jonathana, Jake, do cholery! - warknął Garrick; Marlończyk po raz pierwszy widział na jego twarzy gniew. Starzec podszedł do niego, dzielił ich teraz niecały metr. - Zacznij chociaż udawać władcę! - popchnął go tak, że Jake potknął się i upadł na tron. - Przecież to moi strażnicy ich pilnowali, twoi nie mieli na nic wpływu, ocknij się! - zrobił przerwę, wzdychając. - Nie mam prawa cię o nic obwiniać i powinieneś to wiedzieć.
Lequenill próbował coś powiedzieć. Kilkakrotnie poruszał ustami, usiłując z nich wydobyć choćby słowo. Skinął na stojącego przy bocznych drzwiach służącego, ten szybko wyszedł i zaraz wrócił niosąc puchar z winem. Jake upił łyk i oddał kielich chłopcu.
- Nie musisz mi przypominać że On by się do tego wszystkiego sto razy lepiej nadawał. - mruknął.
- Posłuchaj uważnie, chłopcze. - znowu się zbliżył, złapał Lequenilla za szaty i wyszeptał – Pomagałem twojemu bratu, a teraz staram się pomagać tobie. To, że ta dwójka uciekła jest rzeczą, która naprawdę mało mnie interesuje. Powinieneś zająć się poważnymi sprawami, cały czas trwają przygotowania do wojny, jest jeszcze dużo spraw do załatwienia, a ja nie mam zamiaru pilnować każdego twojego kroku. Zrozumiano?
- T-tak.
- Świetnie. - puścił księcia. - Czasami ciężko mi wierzyć w to, że ty i Łowca jesteście spokrewnieni.
- Shane. - powiedział twardo Jake. - Przestań nazywać go Łowcą.
- Jak sobie, życzysz, Panie. - uśmiechnął się drwiąco.
W tym momencie usłyszeli krzyk. Niemal w tej samej chwili znaleźli się na korytarzu. Lady Camille biegła, nie patrząc przed siebie. Dopiero gdy wpadła na syna przestała krzyczeć i tylko patrzyła na niego przerażonym wzrokiem, nie będąc w stanie nic powiedzieć. Trzęsła się.
- Matko, co się stało? - zapytał siląc się na spokojny ton.
Kobieta nie reagowała, nie przestawała drżeć, niespokojnie spoglądała co chwilę na stojącego obok Jake'a Wyspiarza.
- Co się stało? - powtórzył ostrzej. - Powiedz mi, czego się przestraszyłaś.
Nic się nie zmieniło w zachowaniu królowej. Lequenill zerknął niepewnie na Garricka. Ten wywrócił oczami, westchnął i położył dłoń na jej ramieniu.
Lady Camille natychmiastowo się uspokoiła. Przełknęła ślinę i powiedziała cicho:
- Coś dziwnego dzieje się z... z Darionem. On...
Książę już jej nie słuchał, rzucił się w kierunku komnat ojca, ignorując zdumione spojrzenia dworzan, przechodzących akurat w pobliżu.
Dwaj strażnicy otworzyli przed nim potężne drzwi; przeszedł przez labirynt korytarzyków i pomieszczeń, odnajdując sypialnię.
Trzech uzdrowicieli przytrzymywało szarpiącego się króla, podczas gdy dwaj pozostali próbowali zapobiec konwulsjom przy użyciu przeróżnych medykamentów.
Król Darion VII nadal śnił, jednak nie był to już spokojny sen, wyglądał raczej na koszmar.
Minuty mijały, a nic się nie zmieniało – mężczyzna dalej rzucał się na łożu; aż do momentu gdy jeden z lekarzy siłą wlał mu do gardła jakiś czerwony płyn.
Wstrząsy ustały, a gdy tylko medycy puścili jeszcze przed chwilą wierzgające kończyny władcy, ten otworzył oczy.
Wszyscy zamarli.
Wzrok Dariona powoli powędrował z sufitu na zgromadzonych wokół niego ludzi. Analizował każdą twarz po kolei jakby starając się sobie coś przypomnieć. Wodził tak wzrokiem aż zatrzymał się na stojącym w kącie pokoju mężczyźnie. Był to Anton, prawa ręka króla, doświadczony przez bitwy człowiek, jeden z najbardziej szanowanych Marlończyków. Patrzył na niego w skupieniu; ten powoli się zbliżył. Darion otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Anton skłonił się krótko i podał mu stojący przy łożu kielich z wodą. Widząc, że jego Pan sam sobie nie poradzi, uniósł naczynie i przyłożył do warg Lequenilla.
Gdy tylko król upił pierwszy łyk, zakaszlał i wycharczał słabe:
- Wina.
Do komnaty wpuszczono dwóch służących, niosących dzban z trunkiem i nowy puchar. Anton odebrał od nich napój i pochylił się nad Darionem, ponownie mu pomagając.
Jake Lequenill cały czas stał przy drzwiach i nie był w stanie się ruszyć.
Ojciec. Obudził się.
Drzwi otworzyły się ponownie, i do zebranych dołączyła Camille i Garrick. Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu, a gdy jej wzrok zatrzymał się na małżonku, w spokoju pijącym wino, straciła przytomność. Zemdlona upadłaby na twardą posadzkę, gdyby nie stojący obok Summer, który zdążył ją złapać; przekazał królową służącym, którzy przed momentem przynieśli wino i nakazał zanieść do jej komnat.
Jake otrząsnął się z szoku i zbliżył do łoża ojca.
- Tato. - szepnął.
Darion nie zareagował. Zajęty łapczywym pochłanianiem wina zdawał się nie zauważać obecności syna. „Jak zwykle.”, pomyślał książę zaciskając pięści.
- Ojcze.
W końcu na niego zerknął, jednak nie przestał pić.
- Tak, chłopcze? - mruknął niezadowolony, że ten nieznośny dzieciak mu przeszkadza.
- Spałeś prawie sześć lat.
Darion odsunął się i spojrzał na Antona znacząco; mężczyzna odłożył puchar i odsunął się pod ścianę. Surowa mina ojca miała wywołać strach u Jake'a, jednak on wydawał się pozostawać niewzruszonym.
- Jak wiele się zmieniło w królestwie?
- Musimy porozmawiać na osobności.
Jake spojrzał po zgromadzonych i gestem nakazał im opuścić pomieszczenie, oni jednak wahali się. Nie byli pewni, który z Lequenillów jest teraz ważniejszy. Jednak gdy Darion lekko skinął im głową nie mieli już wątpliwości, że muszą wyjść.

***

Camille czekała pod drzwiami.
Summer kazał jej wypić jakąś czarną miksturę; niemal od razu po tym poczuła dziwny, wewnętrzny spokój. Powiedział, że o ile kobieta nie dozna wyjątkowo dużego szoku, powinien działać nawet tydzień i pomóc jej przetrwać wahania nastrojów, które od dłuższego czasu jej się przydarzały.
- Nie! Nie chcę tego potwora na oczy widzieć! - głos Dariona rozniósł się po komnatach. Camille wstała i złapała klamkę. - To paskudztwo trzeba zgładzić przy najbliższej nadarzającej się okazji!
Weszła do środka, ale znajdujący się w środku mężczyźni nie przestawali się przekrzykiwać.
- Przecież to twój syn! - Jake wydarł się jeszcze głośniej niż ojciec.
- Nieprawda, nie mam syna! - odparł błyskawicznie tamten.
- A ja to kto?!
- Ty... Ty się nie liczysz.
Książę nie odpowiedział. Nie miał jak. Miał wrażenie, że właśnie w tym momencie wydusił z ojca słowa, które kłębiły się w Darionie od zawsze, ale których nigdy nie chciał wypowiedzieć na głos. I których Jake nigdy nie chciał usłyszeć.
- No tak. - mruknął, wymijając przy drzwiach matkę.
Nadal względnie spokojna kobieta bez zastanowienia ruszyła za nim.
- Coś jest z nim nie tak. - stwierdziła. - Ale wiesz, że to, co mówił nie było...
- Przestań. - powiedział cicho, skręcając w stronę swoich komnat. - Idź do niego, ktoś musi go pilnować. A ja chcę zostać sam.

***

Przez tydzień w Marlonie panowała napięta atmosfera. Wieśniacy plotkowali, snując domysły na temat tego, co się stało po przebudzeniu króla.
Jake nie wychodził ze swoich komnat; przynoszono mu jedzenie, zabraniał przysyłania jakichkolwiek gości, nie zamierzał z nikim rozmawiać. Siedział zamknięty, zupełnie nie interesując się tym, co działo się w państwie. To już nie jest moje królestwo.
Usłyszał pukanie. Krew w nim buzowała – wyraźnie mówił, że nie chce nikogo przyjmować, a to na pewno nie była pora posiłku. Starał się ignorować przybysza, ale po chwili stukanie zmieniło się w natarczywe walenie. Nie mógł nie zareagować.
- Czego?! - wrzasnął.
- Jake? - usłyszał głos matki. - To ja, możesz wyjść? Ojciec... chce z tobą porozmawiać.
Otworzył drzwi. Kobieta popatrzyła mu w oczy prosząco.
- Niech będzie. - westchnął. Ona zawsze wiedziała, jak go przekonać. Sam jej wzrok prawie zawsze wystarczał.
Mijali ludzi, którzy na jego widok kłaniali się z zaskoczeniem wypisanym na twarzach. Książę szedł szybko, chciał mieć tę rozmowę za sobą – ani on, ani ojciec nigdy nie kryli się z tym, że nie przepadają za wspólnym spędzaniem czasu.
- Siadaj. - burknął Darion, gdy tylko Jake pojawił się w jego sypialni. - Co, jako władca, zrobiłbyś, gdyby... Shane – to imię z trudem przeszło mu przez gardło. -  wrócił i chciał z powrotem być traktowany jak książę?
- Dałbym mu nadzór w postaci kilku strażników i zgodził się. - odrzekł bez wahania.
Wściekły ryk wydobył się z gardła króla. Puchar z winem przeleciał przez pokój; wylany trunek zabrudził biały dywan i uderzył w ścianę obok krzesła, na którym siedział Jake.
- Nie zgadzam się na to! Zejdź mi z oczu! Nie chcę cię widzieć! - krzyczał, szarpiąc się w pościeli i próbując wstać, ale czuwający przy jego łożu Anton natychmiast kazał mu się z powrotem położyć.
- Póki co to ja tu podejmuję decyzje, sam nie jesteś w stanie! - odpowiedział również podniesionym głosem młodszy mężczyzna, wstając.
- Jestem w pełni świadomy tego co robię, chłopcze! Nie pozwolę ci wpuścić tu tej bestii ponownie! Zabierz konia i zniknij z Marlonu, na zawsze!
- Co ty mówisz, Darionie? - wtrąciła się Camille. - Nie będziesz...
- Zamilcz, kobieto! - powiedział ostro i skierował swój wzrok z powrotem na syna. Ten patrzył na niego zszokowany.
- Wygnanie? - spytał słabym głosem.
- Tak! I żeby cię to stworzenie dopadło i rozszarpało na strzępy! Twoim przeznaczeniem było zostać brudnym Runarrem, Shane by mnie nie zawiódł jako król!
Eliksir przestał działać. Łzy spłynęły po policzkach Camille, gdy zobaczyła wychodzącego z komnat syna; widziała w jego oczach przerażenie.

3 komentarze:

  1. Rzygam H !!!
    Rzygam, rzygam, rzygam!!
    A co do posta…
    Gorzko!

    OdpowiedzUsuń
  2. HaHaHHHHHHHHHHHHHHHHa, ogarniam H !

    OdpowiedzUsuń